czwartek, 25 maja 2017

Polscy pisarze rządzą!


Gratuluję koleżankom i kolegom w Top5, jesteśmy mocni, zagraniczna konkurencja nam nie podskoczy. :))

Naprawdę się nie spodziewałam, że po pierwszym dniu sprzedaży "Czerwień Jarzębin" zajmie od razu pierwsze miejsce. Dziękuję Czytelniczkom, dziękuję Wydawcy i portalowi Ravelo.pl

A tak było jeszcze w zeszłym tygodniu, dopóki Matrasowi nakład Jarzębinek się nie wyczerpał. :):) Dziękuję matras.pl i empik.com.


Ps. Jestem szczęśliwa. Naprawdę jestem!


czwartek, 18 maja 2017

Dzisiaj prapremiera "Czerwieni Jarzębin"!


Dzisiaj pierwsze Czytelniczki, które będą na Targach Książki w Warszawie, 
wezmą do ręki moją "najmłodszą". Po raz trzydziesty trzeci czuję się jak 
debiutantka i z takim samym niepokojem, ale i nadzieją,
 czekam jak przyjmiecie drugi tom Leśnej Trylogii. 

wtorek, 16 maja 2017

Zostałam koronowana przez "Twój Styl"! :)

W najnowszym "Twoim Stylu" bardzo ciekawy artykuł o polskich pisarkach, między innymi o mnie! Zaczyna się jednym słowem: Królowa. :)) Tak więc zostałam koronowana. Wprawdzie moje królestwo liczy sobie zaledwie osiemset metrów kwadratowych i leży obecnie na terytorium zamorskim, mam zaledwie dwóch poddanych (i kota), a mój pałac przypomina budkę na narzędzia, ale... jednak Królowa. 

Nie o metry kwadratowe tu chyba chodzi, tylko o serca Czytelniczek... :)


niedziela, 14 maja 2017

"Zawodowy hejter niszczy tanio i skutecznie", czyli jak zostałam zmuszona do opuszczenia kraju...

Jakiś czas temu dostałam informację, że pewnej osobie za skuteczne zniszczenie mnie jako pisarki zaproponowano kilka tysięcy miesięcznie. Praktyki płacenia z pozytywne recenzje - od 500zł w górę - znałam. Tymczasem okazuje się, że zleceniodawcom, kimkolwiek oni są, płacenie za pozytywne recenzje mojej konkurencji nie wystarczało. Zaczęli opłacać zawodowych hejterów. Na początku nie uwierzyłam. Potem owszem. A ponieważ sama nie wchodzę na żadne blogi, ani strony poświęcone literaturze, poprosiłam osobę zewnętrzną, by obiektywnie przyjrzała się temu zjawisku i oto przedstawiam jak ten proceder wygląda.

Zawodowy hejter nie nazywa siebie oczywiście hejterem, tylko blogerem lub recenzentem. Zostaje "wyhaczony" przez zleceniodawcę z grona osób, które próbowały zaistnieć jako pisarz lub dziennikarz, ale ponieważ los poskąpił im talentu, zostają wyrzuceni nawet z podrzędnego portalu. Ich samoocena jest wysoka ("nie poznali się na mnie, s..syny"), frustracja również, ale zleceniodawcy potrzebna jest jeszcze u potencjalnego "pitbulla" chęć zemsty na tych "którym się udało". Łatwo jest znaleźć takich frustratów... Zleceniodawca upatruje sobie owego i pisze doń maila, oczywiście anonimowo. Od teraz frustrat nie jest już frustratem. Staje się "zawodowym hejterem". Pitbullem, który ma zagryźć. Dostaje zlecenie na konkretną osobę. Wszelkie chwyty dozwolone. Łamanie prawa cywilnego, czy karnego również, przy czym w razie gdyby osoba hejtowana wystąpiła do prokuratury czy z powództwem cywilnym, zleceniodawca - oczywiście anonimowo - zapewnia wsparcie dobrych prawników. Comiesięczna pensja płatna gotówką, pieniądze z ręki do ręki. Za szczególnie efektowny "chwyt" - premia.

Działalność hejtera polega na zakładaniu dziesiątek - jeśli trzeba to setek - kont pocztowych, by na ich bazie logować się dziesiątkami - setkami - na fejsbuki, portale książkowe, księgarnie internetowe i oczywiście fora. Wszędzie tam zawodowy hejter po pierwsze zaniża oceny książki, po drugie pisze negatywne recenzje. Przy czym nie mogą być to wpisy typu "to jest głupie", ma to być "rzetelna ocena powieści" podpisana przez np. filologa jęz. polskiego. Ma być wiarygodnie. Profesjonalnie.

Hejter ma wolną rękę w niszczeniu celu: może dowolnie i bezkarnie - i im bezczelniej, tym więcej lajków - łamać prawo, bo w razie czego dostanie "wsparcie". Oprócz działalności "fejkowej" i owych setek anonimowych kont, zawodowemu hejterowi zależy na wyrobieniu sobie nazwiska - dlatego zleceniodawca go wyhaczył, hejter musi widzieć swoje nazwisko, musi  z a i s t n i e ć. Za wszelką cenę chce się dowartościować. Być sławny. Zakłada więc swój "obiektywny" blog, na którym "obiektywnie" niszczy cel, za który mu płacą.

Zakłada też inne strony, bez żadnych zahamowań wykorzystując zdjęcia celu, montuje filmiki z wyrwanymi z kontekstu wypowiedziami ofiary, z których wynika np. że cel jest ćpunem/ćpunką. Oczywiście na to są już paragrafy Kodeksu Karnego, ale hejter ma przecież rękojmię zleceniodawców, że "pomożecie? pomożemy!", zresztą czy prokurator zajmie się taką błahostką?

Działalnością niejako poboczną, ale równie skuteczną, jest podjudzanie przez zakontraktowanego hejtera ataków hejterów, że tak powiem "spontanicznych", czyli grupy z natury przepełnione nienawiścią do każdego, kto coś osiągnął. I zawiścią, jeśli ta osoba pochodzi z danego środowiska. Dochodzi do tego, że literat, który "zasłynął" dawaniem czterech liter każdemu, kto mógłby pomóc mu w karierze "literackiej" atakuje ofiarę hejtu w taki sposób, że nawet wielbiciele owego literata uznają to za niesmaczne i żenujące. Lecz akurat w przypadku takich osobników nie dziwi nic.

Co ważne: hejtowana treść jest nieważna, nieważna jest wartość merytoryczna, czy społeczna książki. Hejtuje się każdą linijkę, przecinek i kropkę. Bez względu na to, czy jest się specjalistą w danej dziedzinie, czy nie, podważa się każde zdanie i akapit. A najulubieńszym słowem hejtera - w przypadku pisarza - jest słowo "grafoman". Czyli dokładnie to, kim jest hejter, a nie jego ofiara. Jeśli zaś chodzi o hejtera zawodowego, jego zadaniem jest totalne wyszydzanie nie tylko książki, akapitu, linijki, wyrazu, okładki, zdjęcia, ale i celu. Każda wypowiedź, każdy filmik, wpis, komentarz i działanie, choćby najszlachetniejsze, jest materiałem do "obróbki".

Zaczyna się efekt kuli śnieżnej. Jakaś absurdalna, powszechna nagonka na ofiarę "zawodowego hejtera". Może być albo czynna: ocenianie książki, która się jeszcze nie ukazała, zaniżanie jej ocen, wyrabiania ogólnej opinii wszędzie, gdzie możliwe, że ofiara to grafoman/grafomanka i "nie da się tego czytać"... albo bierna: osoby, które nawet cel lubią i czytają, i chętnie by na swoim blogu pisały o jego książkach dobrze, są natychmiast atakowane, z taką zajadłością, że - ze względu na własne zdrowie psychiczne - przestają o celu w ogóle pisać. Nadal kupują i czytają książki, ale się do tego nie przyznają.

Najniebezpieczniejszą formą, jaką obiera masowy hejt, jest atak fizyczny. Grupa hejterów skrzykuje się na spotkanie autorskie np. w księgarni, bo z biblioteki zostaliby wyproszeni, osaczają cel, unieruchomiony przy stoliku, przy którym podpisuje książki i zaczynają w sposób niewybredny atakować swoją ofiarę. Przy czym jedna z osób na wstępie informuje cel, że ma psychozę maniakalno-depresyjną, więc jest bezkarna i wolno jej wszystko. Oczywiście cel nigdy więcej nie zaryzykuje spotkania z psychopatą w miejscu publicznym, rezygnuje więc ze wszelkich spotkań autorskich. A jeżeli już na jakichś się pojawia, rzadko, to z ochroną. Bo nie wiadomo, co takiemu psychopacie przyjdzie następnym razem do głowy, czy jedynie zbluzga, czy obleje kwasem, czy dźgnie nożem na przykład...
W światek pisarsko-blogerski idzie przekaz, że cel nie spotyka się z Czytelnikami, bo nimi gardzi, bo biblioteki za mało płacą, bo odbiła mu woda sodowa... to co wymyślą, nie mają znaczenia. Nikt nie wie, że cel został po prostu zastraszony. Zaszczuty. Game over.

Zleceniodawcy są zadowoleni. To za co płacą zostało osiągnięte: ofiara znika ze sceny blogerskiej, księgarskiej, bibliotecznej i publicznej. Nadal ma setki tysięcy, jeśli nie miliony Czytelników, ale przestaje istnieć w świadomości społecznej, nawet jeśli jeszcze nie zaistniała. To zleceniodawcy wystarcza. Zawodowy hejter dorobił się następnych zleceniodawców, zarabia tysiące, jeśli nie dziesiątki tysięcy na szkalujących filmikach, szkoleniach "jak zarabiać na hejterstwie" etc i właściwie wszystko byłoby okej - nie licząc samopoczucia ofiary, która ciężko pracując na swoje dokonania, została w taki sposób, bezkarnie, odpłatnie zniszczona, gdyby nie jedno ale...

...wśród tych wszystkich oszołomów, hejtujących, bo lubią, bo muszą, bo przyjemność im sprawia niszczenie kogoś, trafia się ktoś - a jest to na przykład wspomniana wyżej osoba zaburzona psychicznie - która postanawia wykończyć cel fizycznie. W jej chorym umyśle roi się, że ten ktoś zniszczył jej życie. Najpierw zaczyna pisać listy z pogróżkami. Gdy cel nie odpowiada, pogróżki zaczynają dotyczyć nie tylko celu, ale też jego dzieci, z których jedno ma cztery latka. A że każdy bez trudu może się dowiedzieć, gdzie mieszkamy...

Teraz już wiecie, dlaczego uciekłam na koniec świata?

PS. Do zawodowego hejtera i zawodowego literata: możecie sobie nie wierzyć w boską sprawiedliwość, ale to nie znaczy, że ona was ominie. Na ludzkiej krzywdzie nie zbuduje się szczęścia, a srebrniki, które za to bierzecie, staną się waszym przekleństwem.

PS2. Do koleżanek i kolegów po piórze: to może spotkać każdego i każdą z was. Nie hejtujcie, żebyście nie byli hejtowani. Miejsca na księgarskich półkach wystarczy dla wszystkich, a hejtowanie konkurencji jest po prostu niegodne twórcy, który ma tworzyć, a nie niszczyć.

Jak się bronić przed bestiami, które lubią się znęcać, lubią zadawać komuś ból? Nie pokazywać, że boli. Nic tak nie wkurza hejterów-sadystów jak zupełny brak reakcji na ich działania. Polecam po pierwsze w ogóle nie wchodzić na żadne strony internetowe, poświęcone książkom, a z czasem w ogóle odstawić internet (ile czasu ma się nagle na pisanie, czy zabawę z dzieckiem!), lecz żeby nie stracić kontaktu z rzeczywistością - i z Czytelnikami - zatrudnić osoby, które chronią ofiarę przed atakami: moderują, blokują, usuwają, przyjmują korespondencję mailową i pocztową. Na hejtera zawodowego są również sposoby: zgłaszanie stron naruszających dobra osobiste fejsbukom, jutubom etc, jeśli jesteście bardziej zdeterminowani, macie do dyspozycji prokuraturę i sąd. Myślę, że w końcu trafi się ktoś, kto nie machnie ręką, jak ja, złoży pozew i "zawodowiec" zapłaci w końcu takie odszkodowanie, że ostudzi to zapały jemu podobnym do niszczenia ludziom życia. Bezkarność i bezczelność nie ma granic u kogoś pozbawionego wszelkich zasad, ale cierpliwość ludzka owszem.

PS3. Jak możecie się domyślać celem "zawodowego hejtera" stałam się ja. Zleceniodawców nie znam. "Zawodowy hejter" robi obecnie karierę, prowadząc szkolenia, jak niszczyć skutecznie. Chwali się ilością zleceń od kolejnych zleceniodawców, może przebierać w nich jak w ulęgałkach. Ja może stwarzam pozory osoby łagodnej i ustępliwej, ale to jedynie pozory. Mogłabym podać go do sądu, ale po co? Żeby zrobić z niego męczennika ściganego za "wolność słowa"? Tchórzem również nie jestem. Z osobami chorymi psychicznie miałam do czynienia i potrafię się przed nimi bronić, ale istnieje granica, której NIKOMU nie pozwolę przekroczyć: bezpieczeństwo mojego synka. W pewnym momencie, gdy sprawy zaszły za daleko, postanowiłam wyjechać. Według hejterów będzie, że uciekłam. Zgadza się. Uciekłam. Niech mają radochę. Myślę, że do Polski nie wrócę już nigdy, bo po prostu straciłam poczucie bezpieczeństwa we własnym domu.
Wysoką cenę zapłaciłam za to, że robię, to co kocham, za moją pasję, ale największą krzywdę, jaką mogłabym sama sobie wyrządzić, jest z pisarstwa zrezygnować. Przez hejterów.


----

Serdecznie dziękuję za Wasze dobre słowa i wsparcie, szczególnie teraz, gdy po opisaniu tego co mnie spotkało, wylewa się na mnie tony pomyj. Mogłabym wchodzić w dyskusje i polemiki, ale z ludźmi tego pokroju, których opisałam nie ma możliwości polemiki. Oni żyją z niszczenia, wyszydzania, zaszczuwania. Każdy ma prawo do swojej opinii, tak jak każdy ma prawo wyboru tego, co czyta. Ale normalny człowiek po pierwsze nie czyta tylko po to, żeby książkę i autora "zjechać", po drugie potrafi krytykować w kulturalny sposób. "Książka mi się nie podobała, za dużo w niej było... za mało... etc" - to jest krytyka. Natomiast gdy pod moim zdjęciem, bezprawnie użytym, publicznie ogłasza niejaka Anna Jaskowska Macura "Kuźwa, gdybym zobaczyła taką mordę w ciemnej uliczce, tobym się zesrała ze strachu!" - to jest hejt. Chyba nie potrzeba więcej żadnych komentarzy... Dno i dwa metry szamba.



czwartek, 11 maja 2017

"Czerwień Jarzębin" - początek




Żyj tak, by po twojej śmierci płakano z żalu, a nie z ulgi.

ROZDZIAŁ I

Marcin Prado był w siódmym niebie. Impreza, na którą przyciągnęła go Isabella Rotschild – bo tak kazała do siebie mówić: nie Iza, tylko Isabella – ze wspaniałej willi, stojącej tuż nad brzegiem ciepłego morza, przeniosła się do równie wspaniałego basenu, gdzie w najróżniejszych pozach i zestawieniach uprawiali seks młodzi, piękni, bogaci ludzie.
Marcin nie był wyjątkiem. Równie pijany jak wszyscy przed chwilą wyszedł na zewnątrz z kieliszkiem szampana, wyciągnął się na leżaku i pozwolił, by dwie napalone laski zaczęły ściągać z niego ciuchy. Zanim jednak na serio się do niego dobrały, wstał, wziął rozbieg i pięknym łukiem wskoczył do basenu.
Powoli, od niechcenia przepłynął połowę długości, po czym odwrócił się na plecy i leżał nieruchomo, wpatrzony w niebo hojnie usiane miriadami srebrzystych gwiazd.
To było życie…! W takich chwilach nie dowierzał, że udało mu się uciec z piekła. Że spod łóżka żoliborskiej willi, gdzie – zatykając usta małą pięścią – patrzył, jak bestia katuje jego brata, a potem z nory na dalekim Mokotowie, w której jako ośmioletni smarkacz musiał najpierw wytępić pluskwy, by dało się w ogóle żyć, trafił wreszcie tutaj, do raju na ziemi…
Odetchnął głęboko, słysząc jak dwie piękne dziewczyny, których imion nie znał, nawołują go z brzegu, i już miał do nich wracać, oddać się ich chętnym dłoniom i ustom, gdy dźwięk telefonu – jakim cudem go usłyszał w huku muzyki, która zagłuszała wszystko inne? – sprawił, że… znieruchomiał.
Chwilę nasłuchiwał, czy aby to nie wytwór jego wyobraźni, ale nie. Ten telefon zawsze nosił przy sobie. Ciuchy cisnął niedaleko basenu i stamtąd dochodziła melodyjka przypisana Patrykowi.
Marcin zacisnął powieki. „Błagam cię, bracie, nie teraz!” – pomyślał, pragnąc zatrzymać tę chwilę szczęścia i beztroski chociaż na parę sekund dłużej.
Telefon dzwonił nieprzerwanie.
Parę ruchów umięśnionymi, opalonymi na brąz ramionami i już Marcin wyskakiwał na brzeg, gdzie natychmiast dopadły go dwie dziewczyny.
Odepchnął je.
– Zaraz wracam – rzucił, owijając się w pasie białym ręcznikiem. – Oj, zamknąłbyś się na chwilę! – mówił, idąc w stronę dzwoniącego bez przerwy telefonu. – Znów jakąś Julię mam ci ratować, będąc na Ibizie?
Wyciągnął komórkę z kieszeni spodenek.
– Czego chcesz? – warknął do Patryka. – Właśnie wyrwałem dwie napalone…
– Oszczędź mi tego. – Usłyszał zimny głos brata. No tak, na ten numer nie dzwonili, by wymieniać uprzejmości. Coś musiało się stać, skoro Patryk go użył. – Jesteś trzeźwy czy pijany? – padło pytanie.
– A jak myślisz?! Imprezuję na Ibizie. Tutaj nie bywa się trzeźwym!
– Ale kontaktujesz, więc zamknij się i słuchaj…
Marcin ze zdumieniem spojrzał na wyświetlacz. To naprawdę dzwonił jego brat? Nigdy nie słyszał u Patryka takiego tonu i takich słów, chyba że odwalił jakiś numer, ale tym razem niczego nie miał na sumieniu.
– Gabriela zaginęła – rzucił Patryk. – Kilkanaście godzin temu. Właśnie wyszliśmy od Tamtego. – Tu Marcin poczuł zimny dreszcz spływający po kręgosłupie. – To on kazał ją uprowadzić. Nie wiem, czy skończy się tylko na zbiorowym gwałcie, czy dostali polecenie, by ją zamordować, ale… Wiktor jest w strasznym stanie – dokończył łamiącym się głosem.
Marcin poczuł, że musi usiąść. Zapomniał, gdzie jest, zapomniał, co przed chwilą robił, był teraz tam, na Żoliborzu, razem z Wiktorem i Patrykiem.
– On… ten bydlak… – ciągnął Patryk, a Marcin słyszał po drżeniu w jego głosie, że walczy ze łzami – przyniósł swój pięciopalczasty batog i kazał Wiktorowi na klęczkach błagać o litość dla Gabrieli. Nie mogłem na to patrzeć. Po prostu nie mogłem. Wyciągnąłem Wiktora na ulicę i… Nie wiem, co robić, Marcin. Być może wydałem tym wyrok na Gabrielę, a wiesz, że jej śmierci Wiktor nie zniesie. Znów będzie próbował…
– Jak to znów? – przerwał mu Marcin, czując jak przerażenie unosi mu włosy na karku. – Co Wiktor próbował?
– Po tym, jak Tamten zmiażdżył mu buciorem dłoń, Wiktor próbował… próbował w nocy się powiesić. – Patryk, trzymający w drżącej ręce komórkę, zacisnął powieki.
„Nie teraz! – krzyczał w myślach. – Nie chcę o tym mówić! Nie chcę tego pamiętać!”
*
Miał wtedy siedem lat. Wszyscy trzej wrócili po północy ze szpitala. Odwiózł ich doktor Braniewski, wyjątkowo wściekły na Kuchtę, że musi milczeć.
Wiktor, z ręką w gipsie, był ledwo żywy z bólu i szoku. Braniewski odprowadził go do drzwi, za którymi bestia już chrapała, schlana do nieprzytomności.
– Nie wiem, jak ci pomóc, dzieciaku – szepnął, przytulając Wiktora.
Ten nie miał siły unieść ręki, by objąć jedynego człowieka, który był im życzliwy. Chwiał się lekko na nogach, oczy wypełniały mu cierpienie i zupełna rezygnacja.
– Wiesz, że masz wybór? Możecie wszyscy trzej zgłosić się na policję i…
– Wiem – przerwał mu chłopak. – Rozdysponują nas po domach dziecka.
– Może to lepsze niż…
– Może… – W głosie Wiktora brzmiało błaganie, by doktor pozwolił mu po prostu wejść do domu, powlec się do swojego pokoju, paść na łóżko i zasnąć. O ile ból zmiażdżonej dłoni mu na to pozwoli, bo na razie rwała tak, że ledwo powstrzymywał łzy.
– Tu masz tabletki przeciwbólowe i nasenne. Tylko bądź rozważny, to silne leki. – Doktor podał mu niewielką apteczną kopertę. – Pilnujcie brata, chłopcy – zwrócił się do stojących tuż obok bliźniaków.
Marcin poważnie skinął głową. Patryk… zaledwie siedmioletni Patryk… wpatrywał się w twarz Wiktora. Czuł, że coś się w nim zmieniło. Od dwóch lat mniej więcej co dwa miesiące był przez Tamtego katowany. Nie po raz pierwszy wracali o tej porze ze szpitala, dokąd jeździli po pomoc, o ile dyżur miał doktor Braniewski. Jeśli nie, Wiktor nawet nie chciał słyszeć o pogotowiu.
Za każdym razem ledwo stał na nogach, pobity mniej lub bardziej, ale… mimo wszystko w oczach miał życie. I chęć walki. Dzisiaj zaś… Wyglądało, jakby się poddał.
Mały Patryk spojrzał na jego obandażowaną rękę. Gdy Tamten to robił, Wiktor krzyczał. Krzyczał jak jeszcze nigdy. Obaj z Marcinem zacisnęli powieki i zatkali uszy rękami, by nie widzieć, nie słyszeć… W następnej chwili, gdy ten nieludzki skowyt umilkł, wypełzli spod łóżka i zaczęli błagać ojczyma, by dał już spokój, by nie bił już Wiktora, który leżał nieprzytomny u jego stóp. Tamten odkopnął go i wyszedł.
Marcin zadzwonił pod jeden ze znanych na pamięć numerów, by zapytać doktora Braniewskiego, czy ma dzisiaj dyżur. Patryk klęczał przy bracie, jak zwykle z jego głową na kolanach, i błagał go, by nie umierał. Łzy kapały na twarz Wiktora, na jego włosy, gładzone siedmioletnią rączką, na posiniaczone ramię. Dziecko patrzyło na zakrwawioną dłoń brata i… mogło tylko bezradnie płakać i głaskać go po włosach.
– Jest doktor – wyszeptał Marcin. – Przyśle po nas taksówkę. Tylko owiń czymś Wikusiowi tę rękę, żeby nic nie było widać…
Ocucili brata – w tym mieli już wprawę – i wyprowadzili go tylnymi drzwiami z domu. Braniewski go opatrzył, podał leki…
Teraz wrócili na miejsce kaźni, równie zmęczeni jak on. Ale w nich obu – Patryku i Marcinie – dopóki mieli przy sobie starszego brata, tliła się iskra nadziei.
„Kiedyś uciekniemy, zabiorę was ze sobą” – tak im przyrzekł. Te słowa pozwalały im wytrzymać krzyki i jęki bitego Wiktora, gdy siedzieli skuleni pod łóżkiem.
Teraz jednak, gdy stali na schodach żoliborskiej willi, mały Patryk widział to, czego nie dostrzegł doktor Braniewski: coś się w Wiktorze zmieniło. Coś w nim umarło.
Tej nocy Patryk, mimo śmiertelnego zmęczenia, nie mógł zasnąć. Przewracał się w łóżku z boku na bok, aż w pewnym momencie znieruchomiał, czując jak ciało sztywnieje mu z przerażenia, a gardło zaciska się, zduszając oddech. Nie wiedząc dlaczego, półżywy ze strachu, poderwał się na równe nogi. Cicho, tak by nie zbudzić Marcina, pobiegł do pokoju obok, nacisnął klamkę i zajrzał ukradkiem do środka.
Wiktor… stał przy oknie, zwrócony twarzą ku drzwiom. W ręce trzymał sznur, przywiązany do klamki, który niezdarnie, łkając z bólu, bo nie mógł sobie pomóc drugą dłonią, próbował zarzucić sobie na szyję.
Nagle ręka z pętlą opadła. Wiktor patrzył na stojącego w drzwiach Patryka.
Chłopczyk przez chwilę nie rozumiał, właściwie w ogóle nie rozumiał, co starszy brat chce zrobić. Czuł tylko, że to coś strasznego. Ruszył biegiem. Przytulił się do Wiktora z całych sił. Ten ni to z jękiem, ni ze szlochem opadł na kolana i przycisnął do siebie łkające dziecko.
– Pój-pójdziemy do domu dziecka, tylko nie rób tego – wyszeptał Patryk przez łzy, patrząc w pociemniałe źrenice brata.
On przytulił go jeszcze mocniej.
– Wytrzymam – szepnął.
*
– Dlaczego mi o tym nie powiedziałeś? – Marcin cedził te słowa dwadzieścia pięć lat później, ściskając telefon tak silnie, jakby chciał go zmiażdżyć. Nienawidził wspomnień z dzieciństwa… Nienawidził bestii, która im takie dzieciństwo zafundowała. Ach, z jaką rozkoszą zacisnąłby palce, gdyby zamiast w telefon, miał je teraz wbite w gardło Tamtego. – Dlaczego mi nie powiedziałeś?!
– Bo nie – uciął Patryk. – Wtedy nie rozumiałem, co Wiktor chciał zrobić. Dzisiaj owszem. I wiem, że teraz wygląda tak jak tamtej nocy. Jeżeli Gabriela się nie odnajdzie albo wyłowią z Wisły jej zwłoki, nasz brat skończy ze sobą… Marcin, do cholery, czy nie mógłbyś wyjść na zewnątrz, gdzie nie słychać tego łomotu?! Czy chociaż raz mógłbyś się zachować jak dorosły człowiek?! Nie dociera do ciebie powaga sytuacji? Nie rozumiesz, że możemy stracić kogoś, kto…
I w tym momencie Marcin wybuchnął:
– Kurrrwa, Pat! Za kogo ty mnie uważasz?! Jestem na zewnątrz!!! I owszem, zrozumiałem, że jest źle, bardzo źle! I tak, rozumiem, że trzeba działać natychmiast, bo Wiktor się powiesi, a już raz próbował! Gdy tylko skończymy tę rozmowę poruszę niebo i ziemię, by mu pomóc! Dlaczego we mnie, kurwa, wątpisz?! Wiem, wiem: jestem złotym chłopcem, rozwydrzonym bachorem, tym najgorszym z trzech braci Prado, ale czy kiedykolwiek was zawiodłem?! Moim życiem jest nasza firma! Nasza zasrana firma, na którą pracowaliśmy wszyscy trzej, a Wiktor najciężej! Na pstryknięcie twoje czy jego jadę tam, gdzie mnie wysyłacie, wrodzonym urokiem i z zębami wyszczerzonymi w uśmiechu uwodzę każdego, kto jest wam potrzebny. Nigdy nie pytacie, czy chcę albo mogę gdzieś jechać, czy nie mam swoich planów, tylko pstryk i marionetka posłusznie leci do Paryża czy Hongkongu. Ale ty, właśnie ty, powinieneś wiedzieć, co się ukrywa za tym uśmiechem, za maską playboya, bo siedzieliśmy pod jednym łóżkiem! Pamiętam każdy krzyk Wiktora, pamiętam świst bata na jego nagich plecach, pamiętam każdą kroplę jego krwi na moich rękach, gdy ciągnęliśmy go półżywego do szpitala i na twojej piżamie, którą próbowałeś otrzeć mu tę krew z twarzy. Pamiętam, jak po ucieczce ukrył nas tam, gdzie nikt nie mógł nas znaleźć, w opuszczonej norze na krańcach Mokotowa, a potem wracał z roboty tak skonany, że karmiliśmy go niemal przez sen. I zrobię dla Wiktora wszystko – wszystko! – choćbym miał prosić o pomoc złych chłopców z Czeczenii, a wiesz dlaczego? Nie z wdzięczności, choć już to by wystarczyło, ale dlatego, że kocham Wiktora jak brata! Nie. Kocham go, bo jest moim bratem. Jest też najszlachetniejszym człowiekiem, jakiego znam, i najbardziej skrzywdzonym przez los. Gabriela, jak się okazuje chyba jeszcze bardziej. Zrobię wszystko, by odnaleźć ją – niewinną ofiarę Kuchty – dla naszego brata, który przed Kuchtą nigdy się nie ugiął.
Urwał, czując łzy w oczach. Wziął głęboki oddech.
– Przepraszam, Marcin – usłyszał cichy głos po drugiej stronie. – Ale nie patrzysz na Wiktora w tej chwili, nie widzisz, jak…
– A ty tracisz bezcenny czas, którego Gabriela być może nie ma – wpadł mu w słowo. – Musimy ją znaleźć jak najszybciej.
– Ale jak?! Jak odnaleźć zaginioną kobietę, która wyszła rano od przyjaciółki ze szpitala i do tej pory nie dała znaku życia? Policja nawet zgłoszenia o zaginięciu nie przyjmie…
– Daj spokój z policją. I daj mi pomyśleć. Znam kogoś, kto nam pomoże, chociaż będzie to słono kosztowało, ale…
– Pieniądze nie grają roli…
– Wiem przecież. Mamy pieniądze. Na szczęście teraz już mamy. Nie jesteśmy zdani na łaskę tamtego bydlaka. Możemy walczyć z nim jego metodami. Nie wiem, jak szybko zdołam wrócić do Polski…
– Nie wracaj – przerwał mu Patryk. – Pozostań na zewnątrz, w razie gdyby była potrzebna szybka, duża gotówka na okup albo… pomoc tej drugiej, ciemnej strony mocy. Wiem, że ty znasz wszystkich…
– Znam – uciął Marcin. Jego nagle trzeźwy umysł już pracował na najwyższych obrotach. – Wracaj z Wiktorem do hotelu i pozwólcie mi działać. Odezwę się, gdy tylko złapię odpowiedni kontakt. Nie dzwoń i nie ponaglaj mnie. Wiem, że czas ucieka, a każda minuta może być ostatnią dla Gabrieli, mimo to cierpliwie czekaj na telefon.
– Dzięki, Marcin – usłyszał słowa brata, chyba po raz pierwszy wypowiedziane takim tonem, którym zwykle Wiktor zwracał się do Patryka, i poczuł ciepło w sercu i łzy w oczach. – Będziemy czekać u pana Antoniego. Z nim też jest bardzo źle…
– Domyślam się – wyszeptał Marcin, patrząc na ciemniejący wyświetlacz.

c.d już za 24 maja we wszystkich księgarniach...