środa, 29 lutego 2012

piątek, 24 lutego 2012

Podbój świata zacznę od...

Od Rosji. Bo od czegoś trzeba zacząć. Jakiś czas temu przyszło mi do głowy, żeby zrobić tłumaczenie jednej z moich książek na jęz. rosyjski (nie całej, bo na całą mnie nie stać, ale sporego fragmentu) wydrukować miniksiążeczki i - tak jak zrobiłam z moją pierworodną, Poczekajką - rozesłać je po rosyjskich wydawcach. Dlaczego nie na jęz. angielski? - pytali przyjaciele i rodzina - Bo jestem realistką. Ameryki Poziomką nie podbiję, ale Rosję? Czemu nie. Jak już coś postanowię, po prostu zaczynam działać. Znalazłam dobrą tłumaczkę i... oto po kilku miesiącach przygotowań "God w Romaszkie" (czyli "Rok w Rumianku", bo poziomka kiepsko po rosyjsku brzmi) w przyszłym tygodniu powędruje za granicę. Pod pseudonimem Kate Woods, z przyczyn niektórym z Was znanych (ale mnie to cieszy :D). Mam nadzieję, że będziecie za "Rumianka" trzymać kciuki!

 I jeszcze dla Was niespodzianka: do rozlosowania będzie pięć wyjątkowych oraz unikalnych miniksiążeczek "Roku w Rumianku" :) oczywiście z dedykacją. Co trzeba zrobić, by książeczkę zdobyć? W jednym zdaniu napisać, dlaczego lubicie moje książki. Ot co. Na zachętę zdjęcie okładki. :)

I fragment tłumaczenia:

środa, 22 lutego 2012

Pisze się!

Sprostowanie tytułu: samo się nie pisze.
Obiecałam, że powiem wszystko o mojej tajemniczej pracy w łochowskim Pałacu oraz o "Zabajce". Wszystko to też za dużo powiedziane, bo musiałabym streścić książkę i przenieść pałac na stronę blogową, ale...
Wiecie, że mam wiecznie trwający remont i chwilami już nie mogę. Nie przeszkadza mi łomot oraz piłowanie kafelków (nie no, w ogóle!), ale ten ostry drobny pył doprowadza mnie do szału. O pisaniu książek (na które mam przecież terminy - jeden się przesunie, przesunie się reszta, a Wy nie dostaniecie oczekiwanych premier w obiecanym dniu, tygodniu, miesiącu) mogłam zapomnieć. Ale że ja się tak łatwo nie poddaję (w ogóle się nie poddaję) zaczęłam szukać miłego miejsca, gdzie mogłabym siąść i snuć swoje opowieści. Napisałam więc maila do Pałacu w Łochowie (bo jak sięgać to na najwyższą półkę) i... następnego dnia dostałam przemiłą odpowiedź: mogę się "wprowadzać", apartament do wyboru.

poniedziałek, 20 lutego 2012

Zostań swoją przyjaciółką

Ta ankieta obok, w której domagacie się jednego artykułu dziennie, i to bardziej stanowczo, niż na przykład nowych ankiet, motywuje mnie do pracy nad sobą i nad blogiem. Oto nowy artykuł, trochę poważniejszy, niż dotychczasowe.
Powiedzcie mi, Kochane, dlaczego człowiek sam sobie jest największym wrogiem? Chyba nikt mnie tak swego czasu nie dołował, niż ja sama. Nic mi się w sobie nie podobało: ani oczy, ani włosy, ani usta, ani nos, ani nogi, ani piersi (po prawdzie to piersi nie miałam, więc co mi się miało niby podobać?), dosłownie nic. A, kurde, nieco daleko mi do Quasimodo!
Nie lubiłam siebie za charakter (choć powinnam docenić, że w ogóle jakiś mam), nie lubiłam za porażki, nie ceniłam zwycięstw, zawsze byłam nie taka, jak powinnam być.
Też tak macie, czy miałyście?

Pewnego dnia - opisuję to w "Sekretniku" - dostałam na warsztatach psychologicznych, czy innej terapii, zadanie: stanąć przed lustrem i powiedzieć, co mi się w sobie podoba. Luuuudzie... to było najgorsze pięć minut w moim życiu. Zwijałam się przed tym lustrem, gotowa prać swoje odbicie po twarzy. Bogu duch winne odbicie, jeśli ktoś mnie spyta. I gdy już się pozwijałam... wkurzyłam się na siebie.
Wróciłam do domu, usiadłam sama ze sobą przed lustrem i pogadałyśmy tak od serca. Że wcale nie jesteśmy takie złe, że bywamy - jeśli nam się chce - całkiem niebrzydkie, że przecież mamy cudownego synka, że jesteśmy dobrymi lekarzami, które kochają swoich pacjentów, że piszemy powieści, co z tego, że do szuflady, że niedługo - kiedyś, ale na pewno! - będziemy mieć własny domek, najwłaśniejszy i że ogólnie rzecz biorąc, jesteśmy okej. Ja i moje odbicie (nie to, że zaczęłam na "wy" do siebie mówić).
Od tamtej pory zaczęłam traktować siebie jak przyjaciółkę, nie jak wroga. Polubiłam się (trochę), zaczęłam się do siebie uśmiechać i powtarzać tej po drugiej stronie lustra: Jesteś, Kasiu, okej.

sobota, 18 lutego 2012

Co by było gdybyś... wygrała 34 miliony

Żeby wygrać, trzeba grać - tę prostą prawdę powtarzam sobie co i rusz w chwilach zwątpienia. Żeby wydać powieść, trzeba ją napisać. Żeby zamieszkać w wymarzonym domku, trzeba pożegnać się z M-4 w Warszawie i się do niego wprowadzić. Żeby mieć pracę marzeń, trzeba rzucić znienawidzoną i poszukać tej wymarzonej. Żeby być szczęśliwą u boku księciunia na białym (czy jakimkolwiek koniu, choć po co komu ta chabeta?), trzeba zaryzykować i się z nim związać (z księciem, rzecz jasna) i odegnać obawy, że zamiast miłość aż po grób będzie bolesny rozwód. I tak dalej. Każda ważna, życiowa decyzja jest podjęciem gry.
Ale właściwie nie o tym chciałam. Nie mam dziś humoru na poważne rozważania o sensie życia, wyborach i porażkach. Dziś będzie o wygranej.

czwartek, 16 lutego 2012

Top10 Książki, które chcielibyśmy znów po raz pierwszy przeczytać

Top 10 to akcja, przy okazji której raz w tygodniu ma blogu pojawiają się różnego rodzaju rankingi, dzięki którym czytelnicy mogą poznać bliżej blogera, jego zainteresowania i gusta. Jeżeli chcesz dołączyć do akcji - w każdy piątek wypatruj nowego tematu na dany tydzień. Autorką pomysłu jest Klaudyna kreatywa.blogspot.com


Tematy zadawane przez Klaudynę są zawsze arcyciekawe, ja jednak nie zawsze mam wenę twórczą, by się na nie wypowiadać. Tym razem (godz. 1:39) zapragnęłam wrócić do przeszłości, więc oto 10 książek, które chciałabym odkryć po raz drugi

poniedziałek, 13 lutego 2012

Wyciągnij dłonie i chwyć marzenie

Aż się wzruszyłam, słysząc dziś w radiu opowieść o grupce studentów warszawskiej Polibudy, którzy właśnie wysłali na orbitę okołoziemską własnej roboty satelitę. Czy którakolwiek z Was o tym słyszała? Pewnie nie, bo na wp.pl królują: "Donosy na Polaków?", "Jest źle, będzie jeszcze gorzej", "Tragiczny wypadek w Łódzkiem" i "Rodzinna tragedia: znaleziono zwłoki matki...". Skoro o tym piszą, to znaczy, że o tym chcą czytać. A że kilkunastu zapaleńców-studentów zamiast balować, zrobiło satelitę, który ma nie tylko krążyć, ale i sprzątać kosmiczne śmieci? O tym cisza.
Dziewczyny, wyobrażacie sobie, jak długa i kręta była droga do ich marzenia? Trwała ta impreza siedem lat. (Czy komuś chciałoby się siedem lat dłubać w gratach, zwojach i mikroprocesorach? No, mi chciało się lat dziewięć pisać powieść, ale ja jestem tak samo nawiedzona, choć w innym przedmiocie, co ci chłopcy z Politechniki). Na zmianę coś im się udawało, coś chrzaniło (w necie nie znajdą raczej dobrych rad "jak skonstruować satelitę", za to znajdą "jak zrobić bombę domowej roboty", "10 sposobów na skuteczne samobójstwo", czy "zabawa w gwiazdę, czyli udana imprezka gimnazjalistów"), pewnie raz mieli forsę, częściej nie, musieli przerywać projekt i nadganiać... A mimo to: tadam! satelita orbituje gdzieś nad nami. Nasz pierwszy polski satelita. I nikt z Polaków o tym nie wie, bo "rodzinna tragedia..." i "jest źle, będzie jeszcze gorzej".
Media skąpią nam dobrych wieści. Ludźmi zrezygnowanymi, zmęczonymi życiem łatwiej się manipuluje, bo przestają myśleć. Ci co myślą (i wymyślili takiego satelitę) są niebezpieczni, ale właściwie nie o tym chciałam.

sobota, 11 lutego 2012

Czy umiesz się śmiać?

Lubię się śmiać. Co tydzień zasiadamy z Patinkiem przed tv i oglądamy Kabaretowy Klub Dwójki. Ja zaśmiewam się z niektórych skeczy do łez, synek patrzy to w telewizor to na mnie, niepewny, czy śmieję się, czy płaczę, aż muszę go uspokajać (a przy okazji i siebie). Ostatnio oglądając TO po prostu wpadłam pod stół. Razem z dzieckiem. Genialne! :D
Do napisania tego artykuliku nastroiło mnie radośnie zdjęcie dzieciaków na pontonie i ewakuującego się zeń kota. Oczywiście część komentujących to zdjęcie oburzała się, że "jak tak można kota maltretować?!" (mniejsza, że kot doklejony fotoszopem...).
Ale nie o tym chciałam.
Teraz będzie poważniej. Poczucie humoru w narodzie spada. Drastycznie. Teraz, żeby broń Boże ktoś nie odebrał naszego żartu serio, potrzebny jest :). Jeśli żart jest bardziej żartobliwy, trzeba dokleić :D. Jeśli piszemy coś z przymrużeniem oka, żeby ktoś nie zrozumiał tego poważnie, należy postawić ;). I tak dalej. Aż się boję w moich książkach pisać z humorem, bo niektóre Czytelniczki (nie mówię tego o Was, moich Czytelniczkach-Blogowiczkach, bo już Was sprawdziłam - MACIE poczucie humoru) nie rozumieją żartów! Nie rozumieją kpiny, ironii, przymrużenia oka, humoru sytuacyjnego... A przecież nie mogę zaznaczać w przypisach "*to taki żarcik"!

piątek, 10 lutego 2012

Prawda a fikcja, czyli...

Ewa z "Roku w Poziomce" wkurzyła kolejną Czytelniczkę. I bardzo się z tego cieszę. Bohaterowie książki mają wywoływać emocje, różne emocje, u każdego inne. Jedne z Was Ewę lubią (z ankiety wynika, że nawet bardzo lubią), inne nie, i o to chodzi. Byłabym niepocieszona, gdyby główna bohaterka pozostała dla Was obojętna, a wkurzałaby książka.
ZdradzęWam pewien sekret (nie ja to wymyśliłam, ale się pod złotą myślą podpisuję): w innych najbardziej nas wkurzają nasze własne wady.
Ewa jest szybka, w mowie i czynie, nim się zastanowi, już się nakręca. Zaczyna imaginować sobie "co by było gdyby" i nim się spostrzeże, już stoi na granicy absurdu. I ja na przykład to w niej lubię. (Może lubimy u innych też nasze własne wady?). Ile z moich kochanych Czytelniczek tak właśnie reaguje na niespodziewane wiadomości, zdarzenia? Ile z Was nie spało w nocy przed ważnym dniem, nakręcając się "co by było gdyby", wymyślając najbardziej nieprawdopodobny kierunek wydarzeń, rozwijających się przeważnie w stronę porażki. Rzadko spotyka się kogoś, kto nakręca się pozytywnie. Jesteśmy raczej czarnowidzami i jeśli nie śpimy przed egzaminem, to nie dlatego, że już szykujemy się na imprezkę z okazji zdania owegoż...

czwartek, 2 lutego 2012

"Poczekajka" w nowej sukience

Ej, Wewcyny, czy któraś jeszcze pamięta moją pierworodną? A może lektura pierworodnej przed Wami? Zbliża się nowe wydanie "Poczekajki" z czego się bardzo cieszę, bo książki w księgarniach już nie ma (jedynie audiobooki i e-booki, ale dla mnie to nadal nieksiążki), w nowej szacie graficznej (czego z kolei się boję, bo mamy z Wydawcą zupełnie inne gusta). Gdy tylko dostanę zdjęcie okładki, wkleję je na stronę i będziemy komentować. Okej?

PS. Kobiety i kobietki, to że książki są wpisane w plan wydawniczy nie znaczy, że ja je posiadam! Że w ogóle występują w stanie fizycznym, czy choćby wirtualnym! Napisane (niewydane) są: "Sklepik z Niespodzianką. Adela" i cztery tomy "Kronik Ferrinu". No, połowa "Lidki" i rozdział "Czarownego". I kilka opowiadań o zwierzętach, ale reszta istnieje w mojej głowie czasem w postaci tytułu i okładki jedynie. Tak więc nie mogę podarować zwyciężczyniom konkursu czegoś z planu na 2012. (Szkoda, chciałabym mieć już wszystko gotowe).

PS2. I blog też w nowej szatce. Poziomkowo-bezikowej. Albowiem tęskno mi do wiosny...