poniedziałek, 30 kwietnia 2012

NIESPODZIANKA!!! Czyli... "Nadzieja" 14. czerwca!

Słuchajcie, stało się! 14. czerwca tego roku oczywiście w księgarniach i empikach ukaże się moja najnowsza powieść, pierwsza z serii "z czarnym kotem" pt. "Nadzieja". Fragment jest TUTAJ, zaś okładka... Okładka powstała dzięki wspaniałej współpracy z bardzo zdolną graficzką oraz WASZYM, moje Kochane, uwagom i wypowiedziom nt. poprzednich projektów.

Bardzo Was proszę o komentarze wszelakie i zgłoszenia po 20 egzemplarzy recenzenckich, które będą do Waszej dyspozycji na początku czerwca! Jeśli jeszcze przed premierą umieścicie na blogu albo portalu książkowym recenzję "Nadziei" automatycznie zapisuję Was po egzemplarz (również bezpłatny, może nawet z dedykacją) "Sklepiku z Niespodzianką. Adeli". W komencie wyraźcie chęć na posiadanie owego.

Ech... muszę Wam powiedzieć, że jestem szczęśliwa. Pod górkę ostatnio miałam ze wszystkim i czas najwyższy, by dobra passa powróciła.

PS. Powiedzcie, jak Wam się podoba okładka, bo wiecie, że okładki to moje oczko w głowie.


poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Psy, czy koty? Czyli co kochacie plus mały fragmencik Opowieści

Ponoć dzielimy się na psianki i kocianki. Ja, do czasów Whisky (i nie mówię tu o alkoholu), myślałam, że jestem zagorzałą psianką, Whiskas zrewidowała moje poglądy na ten temat. Poniżej, specjalnie dla Was, krótkie opowiadanie (nieco dłużej napiszę o mojej pierwszej kotce w "Opowieściach o zwierzętach". I pytanie, moje drogie Czytelniczki: co kochacie bardziej - psy, czy koty? O, a może konie? Albo... no nie wiem, węże? Ptaki? Każdy, kto kocha zwierzęta, ma jakieś ulubione... Wypowiedzcie się więc.
Oto opowieść o Whisky...

PS. Kurczę, mam łzy w oczach, gdy patrzę na to zdjęcie. Bardzo, bardzo chciałabym, by była z nami.


Niektóre istoty, choć małe ciałem, a wielkie duchem, nie odejdą w zapomnienie.


Whisky


Jako lekarz nazywana byłam niekiedy "zaklinaczką kotów", mimo, że zawsze wolałam psy. Nic na to nie mogłam poradzić. Ludzie dzielą się na psiarzy i kociarzy, ja należałam do tych pierwszych.
Miłości do kotów nauczyłam mnie Whisky.

Znalazłam ją wracając wieczorem do domu. Wisiała w reklamówce w śmietniku i nadawała cichutkie, żałosne s.o.s. Nawet nie wiedziałam co ratuję, bo było ciemno. W domu okazało się, że jest to coś gatunku nieokreślonego, maści srebrno-pręgowanej i wielkości chomika. Plus ogon. Chyba ogon…
Walczyłam o życie tego ufo kilka dni, bo w stanie było agonalnym. Mój synek - wtedy już sześcioletni - dzielnie mnie wspierał, budząc w nocy, bym podała temu czemuś kroplówkę. Udało się.
Whisky miała się nazywać jakoś pięknie, nie jak szkocka wódka przecież!, tak jak na grafitowo-srebrną złotooką potencjalną piękność przystało, i na początku, póki biegała za nami - czterotygodniowe kocię na nóżkach jak patyczki i z tym ogonkiem jak u szczurka - chyba nawet pięknie się nazywała. Pamiętam tylko że trzeba było uważać, by jej nie zdeptać, co czasem się zdarzało - Whisky trzymała się blisko nas i biegała między nogami, a była dosłownie wielkości dłoni. Gdy w końcu upewniłam się, że to kot, a nie coś, zaczęliśmy wołać na nią Whiskas, bo była jak dwie krople wody podobna do kota z reklamy, i w końcu została Whisky. Trochę było mi potem głupio wołać ją na noc do domu, drąc się na pół wsi: "Whisky!!!".
Whiskasa kochaliśmy bardzo, a ona kochała nas. Była kotem tak spsionym, że potrafiła nawet aportować. Najszczęśliwsza była nie na dworzu, gdzie miała cały ogród dla siebie, a przy mnie albo moim synku. Choć nie było w niej ni grama agresji, a do mnie zaufanie miała absolutne - gdy musiałam jej dać jakiś zastrzyk, chwytała mnie obiema łapami za dłoń, wbijała zęby i mówiła: "sorry, ja tylko tak muszę sobie potrzymać, chcesz, to rób co chcesz, możesz nawet urwać mi tę łapę, ale wolałabym byś obcięła tylko pazury" - była pierwszym i jedynym zwierzęciem, który mnie poharatał, a ja go za ta nawet nie skarciłam: kiedyś pogonił ją na naszym podwórku jakiś pies sąsiadki i kot w panice zaczął się wspinać po sośnie, a ja w panice złapałam kota. I wtedy Whisky, myśląc, że dorwał ją ten pies, wbiła mi się zębami w dłoń. Ale tak porządnie, aż zawisła mi na tej ręce. Ludzie kochani, jak to bolało... Gdy udało mi się ją strzepnąć (wcale to a wcale nie zalałam się krwią) chwyciłam ją, przytuliłam, a ona zaczęła się skarżyć po swojemu na tego ohydnego kundla… Od tego czasu sąsiadka nie miała wstępnu do naszego ogrodu. Sorry, ale Whisky była dla mnie ważniejsza.
Niedługo po tym wydarzeniu nasza kotka pokazała się od najlepszej strony. Otóż na tyłach domu mój synek wykopał ziemiankę, do której zbierał pozrzucane pisklęta gawronów. Karmił je potem dziwnymi rzeczami typu dżdżownice, jak pisklęta się rozchodziły zbierał z powrotem, dopóki nie poodnajdywały się z dorosłymi gawronami.
Któregoś ranka strasznie lało. Mój synek dawno był na nogach, ja przysypiałam na pięterku. Słyszę w pewnym momencie, że człapie po schodach i… co widzę? W drzwiach stoi moje dziecko w sztormiaku, pod jedną pachą ma gawrona, pod drugą zwisa mu Whisky. Wszyscy troje mokrzy totalnie!
- Jakby co, mama - melduje moje dziecko - to jesteśmy w ziemiance.
Oniemiałam. Gawron i kot?! Wprawdzie Whiskas nigdy niczego nie upolował, bo kochał wszystko, co żyje, ale no to już nieprawdopodobne.
- Tylko pilnuj, synku - mówię, jak już odzyskałam głos - żeby Whisky nie zrobiła mu krzywdy.
- Spokojnie, mama - odpowiada dziecko już ze schodów - raz dostała dziobem po głowie i już nie próbuje.
Imaginujcie sobie: gawron wielkiego wyboru nie miał, ale kot owszem! Wcale nie musiał siedzieć w tej mokrej ziemiance, mając do wyboru suchy ciepły dom, mimo to siedzieli tam chyba do południa: dzieciak, kot i dwa gawrony...
Whisky kochały też dzieciaki ze wsi, które na początku patrzyły na nas jak na ufo: kot wpuszczany do domu i noszący obróżkę?! Potem, gdy okazało się, że ten kot jest czyściuśki, wypieszczony, że można go głaskać i nie udrapie, a jak się woła po imieniu, to przychodzi, Whisky miała grono fanów. Jednak w jej kocim życiu liczyliśmy się tylko my.

Whiskas zaginęła cztery lata temu.
Do dziś mamy z synkiem nadzieję, że nie rozszarpał jej pies, nie przejechał samochód, lecz ktoś przygarnął przepiękną, zadbaną kotkę w białej obróżce...

wtorek, 17 kwietnia 2012

Seriale... seriale...

Pytanie o to, czy oglądacie seriale, a jeśli tak, to jakie, nurtuje mnie od... 2004 roku, kiedy to - jeszcze nie będąc pisarką, ale pisząc od dawna - wysłałam do tv scenariusz "Poczekajki". Skończyło się to jak się skończyło, stare dzieje, dawno przebolałam, na parę lat porzuciłam scenariopisarstwo dla formy bardziej rozbudowanej, a teraz wracam do korzeni, bo tak naprawdę nauczyłam się pisać właśnie dzięki scenariuszom. To przy pracy nad "Poczekajką" filmową obrałam charakterystyczny dla mnie styl: akcja-dialog-dialog-akcja bez zbędnych dłużyzn i w nim dobrze się czuję.

Start w konkursie scenariuszowym uzmysłowił mi, że chcę spróbować swych sił jako profesjonalna scenarzystka. Czy mi się to uda? Dowiemy się w drugiej połowie maja, gdy zostaną ogłoszone wyniki konkursu. Złożony projekt został zaopiniowany przez jurorów z dużym doświadczeniem i dorobkiem, otrzymałam szereg uwag i sugestii, zaczynam pracę nad projektem finałowym i... chciałabym się dowiedzieć, jakie macie zdanie na temat polskich seriali. Czy je oglądacie? Jeśli tak, to które? Które według Was były/są najlepsze, które to pomyłka i dlaczego? Ile sezonów oglądałyście, co Wam się w serialach podoba, co nie. Jednym słowem: chcę znać Wasze upodobania (hmm... to czterema słowami, nie jednym).

Ja przyznam się bez bicia (narażając się niejednej z Was), że darzę dużym sentymentem "Rozlewisko". Czekam, aż sezon się skończy, kupuję całość na dvd i sobie oglądam. To czy jest zgodny z oryginałem książkowym specjalnie mnie nie nurtuje, bo książka to książka, film to film. Napisałam scenariusz dwóch moich powieści i wiem jak trudno być wierną pierwowzorowi, dlatego podeszłam do "Rozlewiska" bez uprzedzeń i oczekiwań i nie zawiodłam się. Mazury w nim są piękne, postaci drugoplanowe genialne, akcja ciekawa... Dwie rzeczy mnie wkurzają niepomiernie: gra pani Joanny i nachalne reklamy. Ale że... chciałam napisać, że pani Brodzik pojawia się rzadko, eeee... no nie, pojawia się za często, reklamy T-mobile, nutelli, perfecty i żelazka bosch, a w poprzednich sezonach oleju kujawskiego też za często. Mimo to serial mi się podoba i już.

Ale się rozpisałam. A miałam zapytać tylko o Wasze zdanie nt. polskich seriali i wracać do pisania "Roku w Poziomce" odcinek I...

PS. Artykuł niniejszy pozwalam sobie zilustrować drobnym rebusikiem, zaś poniżej, dla równowagi, jedna z moich książek w nowej szacie graficznej. Jak Wam się podoba projekt okładki? ;D

sobota, 14 kwietnia 2012

Jestem w finale, a więc się chwalę

Słuchajcie, miesiąc temu wysłałam scenariusz "Roku w Poziomce" na konkurs, organizowany przez Warszawską Szkołę Filmową. Jest to konkurs na scenariusz serialu telewizyjnego, a jak wiecie Poziomka to wymarzony materiał na serial. Nawet na odcinki ją podzieliłam.
Wysłałam i zapomniałam, bo... tak mam. Żeby na coś nie czekać, spać po nocach w miarę spokojnie (mam bądź co bądź małe dziecko i sen jest wskazany), nie napalać się, nie obgryzać paznokci, składam projekt, albo propozycję wydawniczą i z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku wobec siebie i Ojczyzny... zapominam. Zwykle przypomina mi o tym wydawca, chętny na wydanie książki albo - no właśnie - telefon od jurora, że "Rok w Poziomce" przeszedł do finału. Dodam, że konkurencja była ostra (116 zgłoszonych projektów, dwunastka szczęśliwców, którzy mają szansę wygrać), tym większa moja radość. Nagroda główna (oprócz wynagrodzenia): szansa na ekranizację.

Nie wiem, czy wygram. Bardzo bym chciała, to jasne, ale konkurencja nadal jest duża, a ludzie, którzy przeszli do finału to scenarzyści, również zawodowi. Ale dzięki przystąpieniu do konkursu po pierwsze od kiedy się dowiedziałam, że jestem wśród wybranych, chodzę uskrzydlona, po drugie udowodniłam sobie po raz kolejny coś, o czym czasem zapominam: jestem nieprawdopodobnie uparta. Jeśli mam jakiś cel - zacny cel - tutaj: ekranizacja którejś z moich książek, to nieważne są porażki po drodze, ja się nie poddaję. Ile razy przymierzałam się do choćby miniekranizacji Poziomki, czy Ferrinu? Pięć? Sześć? Dziesięć? Normalny człowiek dałby sobie spokój, machnąłby ręką, ja podnoszę się po kolejnym fiasku (a porażka zawsze boli), otrzepuję piórka i próbuję od nowa.
Ambicja nie ma tu nic do rzeczy. To po prostu drimowanie w najlepszym tego słowa znaczeniu. I tak, jak potrafiłam zrezygnować z paru Wielkich Marzeń, bo czasem trzeba zdroworozsądkowo podejść do swoich możliwości i ograniczeń, tak do tego: ujrzenia którejś z moich opowieści na ekranie, dużym, czy małym, nie zrezygnuję. Bo nie.

Takiego uporu i Wam życzę. Sobie natomiast... no, tego pierwszego miejsca. W końcu. :)

A tu, pod spodem jest moje nazwisko na liście finalistów. Pierwsze miejsce jest pewnie przypadkowe, ale oczy cieszy. (I dobrze wróży na przyszłość). :)

PS. Z panem Maciejem Ślesickim ("Sara", "Tato", "13 Posterunek", "Szpilki na Giewoncie"), zgodnie z poniższą informacją, dziś się spotkałam, otrzymując szereg uwag i wskazówek odnośnie scenariusza. Mam teraz ból głowy: usłuchać (i napisać Poziomkę od nowa), czy robić po swojemu (i stracić szansę na wygraną).Co byście mi, Kochane, poradziły?



12 projektów w drugim etapie konkursu!



Jurorzy zapoznali się już ze wszystkimi 116 projektami, które zakwalifikowały się do pierwszego etapu konkursu na serial. W skład konkursowego jury weszli:
  • Andrzej Kołodyński rektor Warszawskiej Szkoły Filmowej, filmoznawca, krytyk filmowy, redaktor, wykładowca,
  • Maciej Ślesicki scenarzysta, reżyser, producent, wykładowca, współzałożyciel Warszawskiej Szkoły Filmowej,
  • Bogusław Linda aktor, reżyser, wykładowca, współzałożyciel Warszawskiej Szkoły Filmowej
  • Agnieszka Kruk scenarzystka, wykładowca scenariopisarstwa.
Dnia 11 kwietnia 2012 r odbyło się posiedzenie, na którym wybrano finałowe projekty. Przypominamy, że pierwszy etap odbywał się całkowicie anonimowo. Jurorzy poznali nazwiska autorów dopiero po zatwierdzeniu listy projektów finałowych. 
Do finału zakwalifikowali się:
  1. Katarzyna Lesiecka - Rok w Poziomce 
  2. Szczepan Rożalski - Wszystkie skutki rozstania
  3. Maciej Maksymilian Kazula - Historia Mordercy
  4. Natalia Ossowska - Archiwum zbrodni
  5. Zbigniew Górniak - Gorączka
  6. Joanna Kaczmarek - Karola_Ka
  7. Ewa Rozenbajgier - Wszystkie strony Walki
  8. Agata Królikowska - Aaaby Baby
  9. Michał Kucharczyk - Prawo łaski
  10. Łukasz Muszyński - Głosy
  11. Michał Walczak - W życiu piękne są tylko chwile
  12. Pola Sobaś – Mikołajczyk - Ragazze di Praga 
Przed przystąpieniem do prac literackich autorzy spotkają się osobiście z Panem Maciejem Ślesickim, który podzieli się swoimi uwagami na temat zgłoszonego pomysłu oraz przedstawi swoje oczekiwania i wskazówki względem scenariusza odcinka pilotowego.
Nagrodą główną w konkursie jest honorarium w wysokości 20.000 złotych oraz perspektywa realizacji serialu. Zwycięzcę konkursu poznamy na festiwalu dla scenarzystów, który odbędzie się w Warszawskiej Szkole Filmowej w dniach 21-25 maja 2012 r.

środa, 11 kwietnia 2012

Top 10 książek na mojej półce

Parę artykułów niżej prosiłam Was o oddawanie przeczytanych książek do bibliotek, czy szpitali. Ja oddaję, większość, bo miejsca w moim niedużym domku-poziomku na wszystkie nie ma, lecz niektóre, szczególne, wyjątkowe, zatrzymuję na zawsze. Jest wśród nich ukochany "Cień wiatru", jest "Harry Potter" i cała seria "Ani", ale dzisiaj napiszę o mniej znanych książkach, które również znajdują specjalne miejsce na moim regaliku. Oto Top10 książek nie do oddania:

1. "Ostatni władca pierścienia" K. J. Yeskow
Książka, którą każdy fan Władcy Pierścieni powinien przeczytać. Na prawdę dobra do... połowy. Tak mniej więcej, potem autor zaczyna smęcić, ale chociażby za tę pierwszą połowę warto tę powieść przeczytać. Opowiada ona o Wojnie o Pierścień z perspektywy przegranych, czyli orków. Aragorn i inni bohaterowie Tolkiena są przedstawieni z zupełnie innej strony...



wtorek, 10 kwietnia 2012

Seria "Babie lato" - słów kilka

W ankiecie pt. "Czego sobie życzycie" życzyłyście sobie recenzji książek. Voila! Swoich recenzować nie będę ;), zagramanicznych też na razie nie, ale napiszę dziś krótko na temat bardzo ciekawej serii.

"Babie lato" - ładny tytuł przewodni (trochę nostalgiczny, bo "jeszcze letni a jednak już trochę jesienny" - czy wiecie skąd ten cytat?; trochę do poduszki czy filiżanki herbaty; trochę na ostatnie ciepłe popołudnie, czyli to co my, czytelniczki, lubimy bardzo, a może i najbardziej), powieści naszych polskich autorek, niektóre w tej serii debiutują, ładne okładki, takie spokojne, ale i romantyczne... 
Wiecie, co jeszcze spodobało mi się w tej serii? To, jak powstała. Otóż rok temu Wydawnictwo Nasza Księgarnia ogłosiło konkurs otwarty na powieść dla kobiet. Każdy mógł przysłać swoje dzieło. Ja, Ty, ona... Z nadesłanych propozycji wybrano kilka, które już się ukazały i które dopiero się ukażą.
Ja chcę napisać o trzech.



"Przebudzenie" Katarzyny Zyskowskiej - Ignaciak to opowieść o młodej kobiecie, która niby ma wszystko (niezłą, choć niesatysfakcjonującą pracę, faceta na przychodne, mieszkanie w stolicy), ale czegoś jej do szczęścia brakuje. Moim zdaniem mocnych wrażeń. Tak też pomyślała sobie autorka książki, bo zaczyna doświadczać bohaterkę. Na początek spadkiem - posiadłością na Mazurach wartą parę milionów złotych. Ale nie ziemia i pieniądze są motywem przewodnim książki, o nie, to nie jest opowieść o ucieczce na wieś. To całkiem zgrabnie poprowadzony kryminał. Dobrze napisany, ładną polszczyzną, z ciekawym tłem historycznym i... przyznam, że bardzo zaskakującym rozwiązaniem. Dałam się zwieść! Książkę polecam. W sam raz na wiosenny, leniwy weekend.

"Serenada" Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk również mnie zaskoczyła, bo po autorce znanej nam wszystkim "Cukierni pod Amorem" spodziewałam się... hmmm... czegoś poważniejszego? Tymczasem "Serenada" to urocza, lekka, zabawna bajka dla dorosłych (choć młodsze Czytelniczki też mogą po nią sięgnąć). Bohaterka - młoda aktorka z Białegostoku - przybywa do Warszawy i zostaje przez producentów popularnego serialu wkręcona w intrygę. Jeśli się bierze tę powieść na poważnie, może przerazić świat blichtru i celebrytów, jeśli z przymrużeniem oka, można się dobrze bawić i spędzić miły wieczór z tą książką. Nieco mnie zdziwiło, że główna bohaterka (moja imienniczka, Kasia) w ciągu tygodnia zakochuje się i odkochuje w trzech facetach, ale przecież to bajka, w bajkach tak właśnie ma być.

"Lalki" Karoliny Święcickiej również mnie zaskoczyły (co ja tak łatwo daję się zaskakiwać?). Patrząc na tytuł i opis nie spodziewałam się tak dobrej powieści, tak ciekawie skonstruowanej fabuły, intrygujących wątków. Tę książkę z całej serii wspominam najlepiej, a wiecie dlaczego? Bo po jej przeczytaniu czułam przemożną chęć posiadania lalki dolfie - tylko dobra książka potrafi aż tak do czegoś przekonać, aż tak czymś zafascynować. Jedyne co mnie raziło, to język, jakim posługują się młode wykształcone, kulturalne kobiety, przyjaciółki. Wulgaryzmy padały często-gęsto. Może ja niedzisiejsza jestem i rzeczywiście tak się teraz mówi...? Mimo tego minusika powieść godna polecenia.Szczególnie podobało mi się połączenie wątków o wychowaniu małej córeczki z wątkami magicznymi. Więcej poproszę!

Trzy udane spotkania z trzema książkami i trzema autorkami. 
Czy czytałyście inne książki z tej serii? Jakie macie wrażenia?

PS. Muszę mieć taką lalkę! ;D

piątek, 6 kwietnia 2012

Ania z Zielonego Wzgórza - ekranizacja

Był tu przez chwilę inny post, ale że znalazłam pewną perełkę... Czytam biografię L.M. Mongtomery i gdy coś mnie zaciekawi, szukam tego w necie. Tak trafiłam na jedną z pierwszych ekranizacji Ani. Powiem Wam, że jak w tej znanej nam wszystkim z 1985 roku rola Ani, zagrana przez Megan Follows jest genialna, po prostu epicka, tak Gilbert nieodmiennie mnie irytuje. Wkurza swoim absolutnym brakiem męskości. Takie ciepłe kluchy przez cały serial plus dokrętki. Genialnie dobrana i zagrana jest Maryla, również Mateusz, Diana może być, świetne są role drugoplanowe (Małgorzata, Ruby etc). Przepiękne wnętrza i plenery. Wszystko na pięć puls. Byłoby, gdyby nie Gilbert. Zabijcie mnie za to, ale cóż...
Byłam więc ciekawa, jak zostali dobrani bohaterowie we wcześniejszych ekranizacjach, o których wzmiankę znalazłam w biografii naszej Lucy Maud kochanej i... upadłam. TUTAJ jest sześciominutowy fragment filmu z roku 1934, w którym występują główne postaci. Nim obejrzycie, pamiętajcie, że wtedy grało się z pewną manierą, poza tym to film czarno-biały. Ania nawet mi się podoba. Jest urocza. Gilbert niczego sobie. Na pewno lepszy od ciepłych kluch. Ale... Maryla i Diana... Nic więcej nie zdradzę. Zobaczcie to na własne oczy i oceńcie.

Tu powraca odwieczny temat ekranizacji znanych dzieł. Dla mnie nie do pobicia jest "Przeminęło z wiatrem". Nikt nigdy nie zagra Scarlet lepiej niż Vivian, a Rhetta lepiej niż Clark. Dziś obsadziliby w tych rolach na przykład Kate Winslet i Leo DiCaprio i... no tak. Wolę nie gdybać, bo jeszcze wywołam wilka z lasu i zaczną remake kręcić. Choć jestem ciekawa Waszych typów do ról Scarlett i Rhetta.

No i jak Wam się podobają bohaterowie "Ani z Zielonego Wzgórza"? Ci z roku 1985 i ci sprzed niemal wieku? Bardzom ciekawa Waszych opini...

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Sposób na chandrę

Trochę głupio przyznawać się do przesilenia wiosennego nad artykułem o biednych dzieciaczkach, ale staram się być tutaj z Wami szczera i jeśli jestem szczęśliwa, to piszę, że jestem, a jeśli nie jestem to... no dobra, też czasami piszę, że jestem, albo się nie przyznaję. Ale dziś nie chcę się skarżyć (na pogodę na przykład, dobija mnie ten wicher). Chcę poznać Wasze sposoby na chandrę, przesilenie, zniechęcenie. I podzielić się własnymi.

Sposób 1. Wyjazd
O tak, jeśli mogę sobie pozwolić - czasowo i finansowo - wyjeżdżam gdzieś na południe Europy. Poza sezonem nie są to horrendalnie drogie imprezy, ale też pogoda może płatać figla (ostatnio padało 10 dni, a jeśli mam siedzieć w hotelu, gdzie pada, wolałabym posiedzieć w Poziomce, choć tu też pada). Można też niemile się zdziwić, jeśli coś pójdzie nie tak i zamiast wypoczywać chorujesz przez połowę pobytu. Ale wypadki chodzą po ludziach, po mnie zaś szczególnie. Przywykłam.

Sposób 2. Coś słodkiego
To sposób dorywczy i krótkotrwały. Na małą chandrę. Chyba najlepiej pomaga pyszna, zrobiona własnoręcznie czekolada na gorąco. Jak się ją robi? Banalnie prosto: bierzesz śmietankę (słodką!) kremówkę, ale może być i mleko, wkruszasz tabliczkę czekolady, podgrzewasz niemal do wrzenia, ciągle mieszając i voila, jest. Podawać należy z bitą śmietanką (bez dodatku cukru, albo z odrobiną, bo czekolada jest zabójczo słodka) z kapką alkoholu, z imbirem, czy chili, co Wam przyjdzie do głowy. Trudno zepsuć taki deser. Może się przydać woda niegazowana do popicia! Aha, czekolada może być mleczna albo gorzka, jak tam sobie lubicie.
PS. Zdjęcie pożyczyłam od Mammymisia, która korzystała z przepisów zamieszczonych w "Sklepiku. Bogusi".

Sposób 3. Domowe spa
To też sposób dorywczy, ale jeśli program rozszerzysz na parę dni może zdziałać cuda. Potrzebny jest cudnie pachnący płyn do kąpieli albo olejek, co kto lubi. Świece zapachowe albo kominek. Dobry peeling do buzi i ciała. Jakieś serum, czy krem taki: dziesięć lat mniej w 2 minuty. Biały puchaty ręcznik (podgrzany). Jak coś mi się jeszcze przypomni to dopiszę. Rodzinę wysyłasz do kina na całe popołudnie i oddajesz się cielesnej rozpuście. To działa!
PS. W "Sklepiku. Adeli" dostaniecie domowe sposoby na domowe spa, np. Kąpiel a la Kleopatra. Sprawdziłam na sobie. Odlot!

Wiecie co, Dziewczyny, ja Wam przekopiuję przepis na tę kąpiel, bo naprawdę jest... no super jest. A przy okazji macie przedsmak książki.

niedziela, 1 kwietnia 2012

"Powrót do Poziomki" a 1%

Ha, mam nadzieję, że zafrapował Was tytuł dzisiejszego artykułu. Już wyjaśniam o co chodzi...

Moje opowieści powstają z różnych inspiracji. Wystarczy sen, spotkanie po latach, nowo poznana osoba, by już snuła się historia.
"Powrót do Poziomki" - moja dziewiąta książka - zaczęłam pisać po doznanym wstrząsie: obejrzałam mianowicie film dokumentalny o Indiach, kraju wspaniałym i przerażającym jednocześnie, kraju niewyobrażalnych kontrastów, gdy radża mieszka w domu za miliard dolarów, a obok ludzie rodzą się, żyją i umierają na ulicy. Zadziwiające jest to, że oni również potrafią cieszyć się życiem, a nawet bywają szczęśliwi! Nie ta porażająca bieda mną jednak wstrząsnęła, ale fakt, że w tym pięknym świecie rok w rok milion (MILION!) dziewczynek jest mordowanych tylko dlatego, że rodzą się dziewczynkami, a posag mógłby zrujnować rodzinę. Więcej: płody płci żeńskiej usuwa się nawet w ósmym miesiącu ciąży. To już nie płody, to nienarodzone dzieci.
Ja nie potrafię tego zrozumieć, ale tylko dlatego, że nie urodziłam się i nie żyłam w tak strasznej biedzie, w jakiej żyją ludzie. Nie tylko w Indiach. Na całym świecie. Nie chodziłam głodna, nie kupczono moim ciałem (a prostytuują się kilkuletnie dziewczynki), nie mieszkałam pod dachem z dykty... Dlatego łatwo (trudno) mi pisać: nie rozumiem tego. Gdyby moja rodzina, moje dzieci zaczęły przymierać głodem, myślę, że bym zrozumiała.
"Powrót do Poziomki" jest pogodną opowieścią, tak jak w poprzednich książkach, przemycam trudne treści między wierszami, ale nie epatuję tragedią. Napisałam go w jednym celu: byśmy zrozumiały, jak cholernie dużo mamy szczęścia, że urodziłyśmy się w Polsce, nie w Indiach, Somalii, Korei Północnej, Chinach, na Kubie... mogę tak wyliczać i wyliczać. Żyjemy w kraju, gdzie nie ma slumsów liczących tysiące, setki tysięcy rodzin, gdzie nie morduje się dziewczynek tylko za to, że są dziewczynkami, gdzie nie podpala się własnych żon, bo posag był za mały, gdzie nie kamienuje się zgwałconej dziewczyny, bo jej hańba przynosi hańbę rodzinie i tak dalej i tak dalej.
Czy doceniamy nasze szczęście? Czy je w ogóle zauważamy?
Patrzę czasem na Patinka, mojego rocznego synunia, i myślę, "dziecko drogie, jakie ty masz szczęście, że mieszkasz w małym białym domku bez łap, azylu spokoju i bezpieczeństwa. Oby trwało... Oby nie zagroził nam głód, choroba, czy wojna".
Smęcę, ale znów obejrzałam program, tym razem o dzieciach umierających na malarię. Właściwie obejrzałam kawałek programu, bo się popłakałam i odpadłam w pierwszych minutach. Teraz docieram do drugiej części tematu, do 1%. Oczywiście chodzi o możliwość odpisania pewnej kwoty od podatku.
Dziewczyny, nie zapominajcie, że możecie to uczynić! Nie oddawajcie tej kwoty fiskusowi, jakkolwiek byłaby skromna. Trzy złote to butelka wody dla dziecka, umierającego z pragnienia. Może je uratować! Ale to także zabawka, czy książka, dla naszego, polskiego dzieciaczka z hospicjum...
Nie ma nic straszniejszego niż cierpienie dzieci.
Dorosły ciosy losu jakoś sobie wytłumaczy, na kogoś zwali winę, może się modlić, czy przeklinać. Dzieci cierpią, nie rozumiejąc dlaczego. Są bezbronne wobec bólu i zła. Patrzą wielkimi oczami w oczy dorosłych, mając w tych oczach tylko ból...
Znów wymiękam.
Bardzo Was proszę, znajdźcie jakąś zacną fundację i przekażcie jej swój 1%. 

Na zdjęciu: 4-miesięczne hinduskie niemowlę...