czwartek, 25 maja 2017

Polscy pisarze rządzą!


Gratuluję koleżankom i kolegom w Top5, jesteśmy mocni, zagraniczna konkurencja nam nie podskoczy. :))

Naprawdę się nie spodziewałam, że po pierwszym dniu sprzedaży "Czerwień Jarzębin" zajmie od razu pierwsze miejsce. Dziękuję Czytelniczkom, dziękuję Wydawcy i portalowi Ravelo.pl

A tak było jeszcze w zeszłym tygodniu, dopóki Matrasowi nakład Jarzębinek się nie wyczerpał. :):) Dziękuję matras.pl i empik.com.


Ps. Jestem szczęśliwa. Naprawdę jestem!


czwartek, 18 maja 2017

Dzisiaj prapremiera "Czerwieni Jarzębin"!


Dzisiaj pierwsze Czytelniczki, które będą na Targach Książki w Warszawie, 
wezmą do ręki moją "najmłodszą". Po raz trzydziesty trzeci czuję się jak 
debiutantka i z takim samym niepokojem, ale i nadzieją,
 czekam jak przyjmiecie drugi tom Leśnej Trylogii. 

wtorek, 16 maja 2017

Zostałam koronowana przez "Twój Styl"! :)

W najnowszym "Twoim Stylu" bardzo ciekawy artykuł o polskich pisarkach, między innymi o mnie! Zaczyna się jednym słowem: Królowa. :)) Tak więc zostałam koronowana. Wprawdzie moje królestwo liczy sobie zaledwie osiemset metrów kwadratowych i leży obecnie na terytorium zamorskim, mam zaledwie dwóch poddanych (i kota), a mój pałac przypomina budkę na narzędzia, ale... jednak Królowa. 

Nie o metry kwadratowe tu chyba chodzi, tylko o serca Czytelniczek... :)


niedziela, 14 maja 2017

"Zawodowy hejter niszczy tanio i skutecznie", czyli jak zostałam zmuszona do opuszczenia kraju...

Jakiś czas temu dostałam informację, że pewnej osobie za skuteczne zniszczenie mnie jako pisarki zaproponowano kilka tysięcy miesięcznie. Praktyki płacenia z pozytywne recenzje - od 500zł w górę - znałam. Tymczasem okazuje się, że zleceniodawcom, kimkolwiek oni są, płacenie za pozytywne recenzje mojej konkurencji nie wystarczało. Zaczęli opłacać zawodowych hejterów. Na początku nie uwierzyłam. Potem owszem. A ponieważ sama nie wchodzę na żadne blogi, ani strony poświęcone literaturze, poprosiłam osobę zewnętrzną, by obiektywnie przyjrzała się temu zjawisku i oto przedstawiam jak ten proceder wygląda.

Zawodowy hejter nie nazywa siebie oczywiście hejterem, tylko blogerem lub recenzentem. Zostaje "wyhaczony" przez zleceniodawcę z grona osób, które próbowały zaistnieć jako pisarz lub dziennikarz, ale ponieważ los poskąpił im talentu, zostają wyrzuceni nawet z podrzędnego portalu. Ich samoocena jest wysoka ("nie poznali się na mnie, s..syny"), frustracja również, ale zleceniodawcy potrzebna jest jeszcze u potencjalnego "pitbulla" chęć zemsty na tych "którym się udało". Łatwo jest znaleźć takich frustratów... Zleceniodawca upatruje sobie owego i pisze doń maila, oczywiście anonimowo. Od teraz frustrat nie jest już frustratem. Staje się "zawodowym hejterem". Pitbullem, który ma zagryźć. Dostaje zlecenie na konkretną osobę. Wszelkie chwyty dozwolone. Łamanie prawa cywilnego, czy karnego również, przy czym w razie gdyby osoba hejtowana wystąpiła do prokuratury czy z powództwem cywilnym, zleceniodawca - oczywiście anonimowo - zapewnia wsparcie dobrych prawników. Comiesięczna pensja płatna gotówką, pieniądze z ręki do ręki. Za szczególnie efektowny "chwyt" - premia.

Działalność hejtera polega na zakładaniu dziesiątek - jeśli trzeba to setek - kont pocztowych, by na ich bazie logować się dziesiątkami - setkami - na fejsbuki, portale książkowe, księgarnie internetowe i oczywiście fora. Wszędzie tam zawodowy hejter po pierwsze zaniża oceny książki, po drugie pisze negatywne recenzje. Przy czym nie mogą być to wpisy typu "to jest głupie", ma to być "rzetelna ocena powieści" podpisana przez np. filologa jęz. polskiego. Ma być wiarygodnie. Profesjonalnie.

Hejter ma wolną rękę w niszczeniu celu: może dowolnie i bezkarnie - i im bezczelniej, tym więcej lajków - łamać prawo, bo w razie czego dostanie "wsparcie". Oprócz działalności "fejkowej" i owych setek anonimowych kont, zawodowemu hejterowi zależy na wyrobieniu sobie nazwiska - dlatego zleceniodawca go wyhaczył, hejter musi widzieć swoje nazwisko, musi  z a i s t n i e ć. Za wszelką cenę chce się dowartościować. Być sławny. Zakłada więc swój "obiektywny" blog, na którym "obiektywnie" niszczy cel, za który mu płacą.

Zakłada też inne strony, bez żadnych zahamowań wykorzystując zdjęcia celu, montuje filmiki z wyrwanymi z kontekstu wypowiedziami ofiary, z których wynika np. że cel jest ćpunem/ćpunką. Oczywiście na to są już paragrafy Kodeksu Karnego, ale hejter ma przecież rękojmię zleceniodawców, że "pomożecie? pomożemy!", zresztą czy prokurator zajmie się taką błahostką?

Działalnością niejako poboczną, ale równie skuteczną, jest podjudzanie przez zakontraktowanego hejtera ataków hejterów, że tak powiem "spontanicznych", czyli grupy z natury przepełnione nienawiścią do każdego, kto coś osiągnął. I zawiścią, jeśli ta osoba pochodzi z danego środowiska. Dochodzi do tego, że literat, który "zasłynął" dawaniem czterech liter każdemu, kto mógłby pomóc mu w karierze "literackiej" atakuje ofiarę hejtu w taki sposób, że nawet wielbiciele owego literata uznają to za niesmaczne i żenujące. Lecz akurat w przypadku takich osobników nie dziwi nic.

Co ważne: hejtowana treść jest nieważna, nieważna jest wartość merytoryczna, czy społeczna książki. Hejtuje się każdą linijkę, przecinek i kropkę. Bez względu na to, czy jest się specjalistą w danej dziedzinie, czy nie, podważa się każde zdanie i akapit. A najulubieńszym słowem hejtera - w przypadku pisarza - jest słowo "grafoman". Czyli dokładnie to, kim jest hejter, a nie jego ofiara. Jeśli zaś chodzi o hejtera zawodowego, jego zadaniem jest totalne wyszydzanie nie tylko książki, akapitu, linijki, wyrazu, okładki, zdjęcia, ale i celu. Każda wypowiedź, każdy filmik, wpis, komentarz i działanie, choćby najszlachetniejsze, jest materiałem do "obróbki".

Zaczyna się efekt kuli śnieżnej. Jakaś absurdalna, powszechna nagonka na ofiarę "zawodowego hejtera". Może być albo czynna: ocenianie książki, która się jeszcze nie ukazała, zaniżanie jej ocen, wyrabiania ogólnej opinii wszędzie, gdzie możliwe, że ofiara to grafoman/grafomanka i "nie da się tego czytać"... albo bierna: osoby, które nawet cel lubią i czytają, i chętnie by na swoim blogu pisały o jego książkach dobrze, są natychmiast atakowane, z taką zajadłością, że - ze względu na własne zdrowie psychiczne - przestają o celu w ogóle pisać. Nadal kupują i czytają książki, ale się do tego nie przyznają.

Najniebezpieczniejszą formą, jaką obiera masowy hejt, jest atak fizyczny. Grupa hejterów skrzykuje się na spotkanie autorskie np. w księgarni, bo z biblioteki zostaliby wyproszeni, osaczają cel, unieruchomiony przy stoliku, przy którym podpisuje książki i zaczynają w sposób niewybredny atakować swoją ofiarę. Przy czym jedna z osób na wstępie informuje cel, że ma psychozę maniakalno-depresyjną, więc jest bezkarna i wolno jej wszystko. Oczywiście cel nigdy więcej nie zaryzykuje spotkania z psychopatą w miejscu publicznym, rezygnuje więc ze wszelkich spotkań autorskich. A jeżeli już na jakichś się pojawia, rzadko, to z ochroną. Bo nie wiadomo, co takiemu psychopacie przyjdzie następnym razem do głowy, czy jedynie zbluzga, czy obleje kwasem, czy dźgnie nożem na przykład...
W światek pisarsko-blogerski idzie przekaz, że cel nie spotyka się z Czytelnikami, bo nimi gardzi, bo biblioteki za mało płacą, bo odbiła mu woda sodowa... to co wymyślą, nie mają znaczenia. Nikt nie wie, że cel został po prostu zastraszony. Zaszczuty. Game over.

Zleceniodawcy są zadowoleni. To za co płacą zostało osiągnięte: ofiara znika ze sceny blogerskiej, księgarskiej, bibliotecznej i publicznej. Nadal ma setki tysięcy, jeśli nie miliony Czytelników, ale przestaje istnieć w świadomości społecznej, nawet jeśli jeszcze nie zaistniała. To zleceniodawcy wystarcza. Zawodowy hejter dorobił się następnych zleceniodawców, zarabia tysiące, jeśli nie dziesiątki tysięcy na szkalujących filmikach, szkoleniach "jak zarabiać na hejterstwie" etc i właściwie wszystko byłoby okej - nie licząc samopoczucia ofiary, która ciężko pracując na swoje dokonania, została w taki sposób, bezkarnie, odpłatnie zniszczona, gdyby nie jedno ale...

...wśród tych wszystkich oszołomów, hejtujących, bo lubią, bo muszą, bo przyjemność im sprawia niszczenie kogoś, trafia się ktoś - a jest to na przykład wspomniana wyżej osoba zaburzona psychicznie - która postanawia wykończyć cel fizycznie. W jej chorym umyśle roi się, że ten ktoś zniszczył jej życie. Najpierw zaczyna pisać listy z pogróżkami. Gdy cel nie odpowiada, pogróżki zaczynają dotyczyć nie tylko celu, ale też jego dzieci, z których jedno ma cztery latka. A że każdy bez trudu może się dowiedzieć, gdzie mieszkamy...

Teraz już wiecie, dlaczego uciekłam na koniec świata?

PS. Do zawodowego hejtera i zawodowego literata: możecie sobie nie wierzyć w boską sprawiedliwość, ale to nie znaczy, że ona was ominie. Na ludzkiej krzywdzie nie zbuduje się szczęścia, a srebrniki, które za to bierzecie, staną się waszym przekleństwem.

PS2. Do koleżanek i kolegów po piórze: to może spotkać każdego i każdą z was. Nie hejtujcie, żebyście nie byli hejtowani. Miejsca na księgarskich półkach wystarczy dla wszystkich, a hejtowanie konkurencji jest po prostu niegodne twórcy, który ma tworzyć, a nie niszczyć.

Jak się bronić przed bestiami, które lubią się znęcać, lubią zadawać komuś ból? Nie pokazywać, że boli. Nic tak nie wkurza hejterów-sadystów jak zupełny brak reakcji na ich działania. Polecam po pierwsze w ogóle nie wchodzić na żadne strony internetowe, poświęcone książkom, a z czasem w ogóle odstawić internet (ile czasu ma się nagle na pisanie, czy zabawę z dzieckiem!), lecz żeby nie stracić kontaktu z rzeczywistością - i z Czytelnikami - zatrudnić osoby, które chronią ofiarę przed atakami: moderują, blokują, usuwają, przyjmują korespondencję mailową i pocztową. Na hejtera zawodowego są również sposoby: zgłaszanie stron naruszających dobra osobiste fejsbukom, jutubom etc, jeśli jesteście bardziej zdeterminowani, macie do dyspozycji prokuraturę i sąd. Myślę, że w końcu trafi się ktoś, kto nie machnie ręką, jak ja, złoży pozew i "zawodowiec" zapłaci w końcu takie odszkodowanie, że ostudzi to zapały jemu podobnym do niszczenia ludziom życia. Bezkarność i bezczelność nie ma granic u kogoś pozbawionego wszelkich zasad, ale cierpliwość ludzka owszem.

PS3. Jak możecie się domyślać celem "zawodowego hejtera" stałam się ja. Zleceniodawców nie znam. "Zawodowy hejter" robi obecnie karierę, prowadząc szkolenia, jak niszczyć skutecznie. Chwali się ilością zleceń od kolejnych zleceniodawców, może przebierać w nich jak w ulęgałkach. Ja może stwarzam pozory osoby łagodnej i ustępliwej, ale to jedynie pozory. Mogłabym podać go do sądu, ale po co? Żeby zrobić z niego męczennika ściganego za "wolność słowa"? Tchórzem również nie jestem. Z osobami chorymi psychicznie miałam do czynienia i potrafię się przed nimi bronić, ale istnieje granica, której NIKOMU nie pozwolę przekroczyć: bezpieczeństwo mojego synka. W pewnym momencie, gdy sprawy zaszły za daleko, postanowiłam wyjechać. Według hejterów będzie, że uciekłam. Zgadza się. Uciekłam. Niech mają radochę. Myślę, że do Polski nie wrócę już nigdy, bo po prostu straciłam poczucie bezpieczeństwa we własnym domu.
Wysoką cenę zapłaciłam za to, że robię, to co kocham, za moją pasję, ale największą krzywdę, jaką mogłabym sama sobie wyrządzić, jest z pisarstwa zrezygnować. Przez hejterów.


----

Serdecznie dziękuję za Wasze dobre słowa i wsparcie, szczególnie teraz, gdy po opisaniu tego co mnie spotkało, wylewa się na mnie tony pomyj. Mogłabym wchodzić w dyskusje i polemiki, ale z ludźmi tego pokroju, których opisałam nie ma możliwości polemiki. Oni żyją z niszczenia, wyszydzania, zaszczuwania. Każdy ma prawo do swojej opinii, tak jak każdy ma prawo wyboru tego, co czyta. Ale normalny człowiek po pierwsze nie czyta tylko po to, żeby książkę i autora "zjechać", po drugie potrafi krytykować w kulturalny sposób. "Książka mi się nie podobała, za dużo w niej było... za mało... etc" - to jest krytyka. Natomiast gdy pod moim zdjęciem, bezprawnie użytym, publicznie ogłasza niejaka Anna Jaskowska Macura "Kuźwa, gdybym zobaczyła taką mordę w ciemnej uliczce, tobym się zesrała ze strachu!" - to jest hejt. Chyba nie potrzeba więcej żadnych komentarzy... Dno i dwa metry szamba.



czwartek, 11 maja 2017

"Czerwień Jarzębin" - początek




Żyj tak, by po twojej śmierci płakano z żalu, a nie z ulgi.

ROZDZIAŁ I

Marcin Prado był w siódmym niebie. Impreza, na którą przyciągnęła go Isabella Rotschild – bo tak kazała do siebie mówić: nie Iza, tylko Isabella – ze wspaniałej willi, stojącej tuż nad brzegiem ciepłego morza, przeniosła się do równie wspaniałego basenu, gdzie w najróżniejszych pozach i zestawieniach uprawiali seks młodzi, piękni, bogaci ludzie.
Marcin nie był wyjątkiem. Równie pijany jak wszyscy przed chwilą wyszedł na zewnątrz z kieliszkiem szampana, wyciągnął się na leżaku i pozwolił, by dwie napalone laski zaczęły ściągać z niego ciuchy. Zanim jednak na serio się do niego dobrały, wstał, wziął rozbieg i pięknym łukiem wskoczył do basenu.
Powoli, od niechcenia przepłynął połowę długości, po czym odwrócił się na plecy i leżał nieruchomo, wpatrzony w niebo hojnie usiane miriadami srebrzystych gwiazd.
To było życie…! W takich chwilach nie dowierzał, że udało mu się uciec z piekła. Że spod łóżka żoliborskiej willi, gdzie – zatykając usta małą pięścią – patrzył, jak bestia katuje jego brata, a potem z nory na dalekim Mokotowie, w której jako ośmioletni smarkacz musiał najpierw wytępić pluskwy, by dało się w ogóle żyć, trafił wreszcie tutaj, do raju na ziemi…
Odetchnął głęboko, słysząc jak dwie piękne dziewczyny, których imion nie znał, nawołują go z brzegu, i już miał do nich wracać, oddać się ich chętnym dłoniom i ustom, gdy dźwięk telefonu – jakim cudem go usłyszał w huku muzyki, która zagłuszała wszystko inne? – sprawił, że… znieruchomiał.
Chwilę nasłuchiwał, czy aby to nie wytwór jego wyobraźni, ale nie. Ten telefon zawsze nosił przy sobie. Ciuchy cisnął niedaleko basenu i stamtąd dochodziła melodyjka przypisana Patrykowi.
Marcin zacisnął powieki. „Błagam cię, bracie, nie teraz!” – pomyślał, pragnąc zatrzymać tę chwilę szczęścia i beztroski chociaż na parę sekund dłużej.
Telefon dzwonił nieprzerwanie.
Parę ruchów umięśnionymi, opalonymi na brąz ramionami i już Marcin wyskakiwał na brzeg, gdzie natychmiast dopadły go dwie dziewczyny.
Odepchnął je.
– Zaraz wracam – rzucił, owijając się w pasie białym ręcznikiem. – Oj, zamknąłbyś się na chwilę! – mówił, idąc w stronę dzwoniącego bez przerwy telefonu. – Znów jakąś Julię mam ci ratować, będąc na Ibizie?
Wyciągnął komórkę z kieszeni spodenek.
– Czego chcesz? – warknął do Patryka. – Właśnie wyrwałem dwie napalone…
– Oszczędź mi tego. – Usłyszał zimny głos brata. No tak, na ten numer nie dzwonili, by wymieniać uprzejmości. Coś musiało się stać, skoro Patryk go użył. – Jesteś trzeźwy czy pijany? – padło pytanie.
– A jak myślisz?! Imprezuję na Ibizie. Tutaj nie bywa się trzeźwym!
– Ale kontaktujesz, więc zamknij się i słuchaj…
Marcin ze zdumieniem spojrzał na wyświetlacz. To naprawdę dzwonił jego brat? Nigdy nie słyszał u Patryka takiego tonu i takich słów, chyba że odwalił jakiś numer, ale tym razem niczego nie miał na sumieniu.
– Gabriela zaginęła – rzucił Patryk. – Kilkanaście godzin temu. Właśnie wyszliśmy od Tamtego. – Tu Marcin poczuł zimny dreszcz spływający po kręgosłupie. – To on kazał ją uprowadzić. Nie wiem, czy skończy się tylko na zbiorowym gwałcie, czy dostali polecenie, by ją zamordować, ale… Wiktor jest w strasznym stanie – dokończył łamiącym się głosem.
Marcin poczuł, że musi usiąść. Zapomniał, gdzie jest, zapomniał, co przed chwilą robił, był teraz tam, na Żoliborzu, razem z Wiktorem i Patrykiem.
– On… ten bydlak… – ciągnął Patryk, a Marcin słyszał po drżeniu w jego głosie, że walczy ze łzami – przyniósł swój pięciopalczasty batog i kazał Wiktorowi na klęczkach błagać o litość dla Gabrieli. Nie mogłem na to patrzeć. Po prostu nie mogłem. Wyciągnąłem Wiktora na ulicę i… Nie wiem, co robić, Marcin. Być może wydałem tym wyrok na Gabrielę, a wiesz, że jej śmierci Wiktor nie zniesie. Znów będzie próbował…
– Jak to znów? – przerwał mu Marcin, czując jak przerażenie unosi mu włosy na karku. – Co Wiktor próbował?
– Po tym, jak Tamten zmiażdżył mu buciorem dłoń, Wiktor próbował… próbował w nocy się powiesić. – Patryk, trzymający w drżącej ręce komórkę, zacisnął powieki.
„Nie teraz! – krzyczał w myślach. – Nie chcę o tym mówić! Nie chcę tego pamiętać!”
*
Miał wtedy siedem lat. Wszyscy trzej wrócili po północy ze szpitala. Odwiózł ich doktor Braniewski, wyjątkowo wściekły na Kuchtę, że musi milczeć.
Wiktor, z ręką w gipsie, był ledwo żywy z bólu i szoku. Braniewski odprowadził go do drzwi, za którymi bestia już chrapała, schlana do nieprzytomności.
– Nie wiem, jak ci pomóc, dzieciaku – szepnął, przytulając Wiktora.
Ten nie miał siły unieść ręki, by objąć jedynego człowieka, który był im życzliwy. Chwiał się lekko na nogach, oczy wypełniały mu cierpienie i zupełna rezygnacja.
– Wiesz, że masz wybór? Możecie wszyscy trzej zgłosić się na policję i…
– Wiem – przerwał mu chłopak. – Rozdysponują nas po domach dziecka.
– Może to lepsze niż…
– Może… – W głosie Wiktora brzmiało błaganie, by doktor pozwolił mu po prostu wejść do domu, powlec się do swojego pokoju, paść na łóżko i zasnąć. O ile ból zmiażdżonej dłoni mu na to pozwoli, bo na razie rwała tak, że ledwo powstrzymywał łzy.
– Tu masz tabletki przeciwbólowe i nasenne. Tylko bądź rozważny, to silne leki. – Doktor podał mu niewielką apteczną kopertę. – Pilnujcie brata, chłopcy – zwrócił się do stojących tuż obok bliźniaków.
Marcin poważnie skinął głową. Patryk… zaledwie siedmioletni Patryk… wpatrywał się w twarz Wiktora. Czuł, że coś się w nim zmieniło. Od dwóch lat mniej więcej co dwa miesiące był przez Tamtego katowany. Nie po raz pierwszy wracali o tej porze ze szpitala, dokąd jeździli po pomoc, o ile dyżur miał doktor Braniewski. Jeśli nie, Wiktor nawet nie chciał słyszeć o pogotowiu.
Za każdym razem ledwo stał na nogach, pobity mniej lub bardziej, ale… mimo wszystko w oczach miał życie. I chęć walki. Dzisiaj zaś… Wyglądało, jakby się poddał.
Mały Patryk spojrzał na jego obandażowaną rękę. Gdy Tamten to robił, Wiktor krzyczał. Krzyczał jak jeszcze nigdy. Obaj z Marcinem zacisnęli powieki i zatkali uszy rękami, by nie widzieć, nie słyszeć… W następnej chwili, gdy ten nieludzki skowyt umilkł, wypełzli spod łóżka i zaczęli błagać ojczyma, by dał już spokój, by nie bił już Wiktora, który leżał nieprzytomny u jego stóp. Tamten odkopnął go i wyszedł.
Marcin zadzwonił pod jeden ze znanych na pamięć numerów, by zapytać doktora Braniewskiego, czy ma dzisiaj dyżur. Patryk klęczał przy bracie, jak zwykle z jego głową na kolanach, i błagał go, by nie umierał. Łzy kapały na twarz Wiktora, na jego włosy, gładzone siedmioletnią rączką, na posiniaczone ramię. Dziecko patrzyło na zakrwawioną dłoń brata i… mogło tylko bezradnie płakać i głaskać go po włosach.
– Jest doktor – wyszeptał Marcin. – Przyśle po nas taksówkę. Tylko owiń czymś Wikusiowi tę rękę, żeby nic nie było widać…
Ocucili brata – w tym mieli już wprawę – i wyprowadzili go tylnymi drzwiami z domu. Braniewski go opatrzył, podał leki…
Teraz wrócili na miejsce kaźni, równie zmęczeni jak on. Ale w nich obu – Patryku i Marcinie – dopóki mieli przy sobie starszego brata, tliła się iskra nadziei.
„Kiedyś uciekniemy, zabiorę was ze sobą” – tak im przyrzekł. Te słowa pozwalały im wytrzymać krzyki i jęki bitego Wiktora, gdy siedzieli skuleni pod łóżkiem.
Teraz jednak, gdy stali na schodach żoliborskiej willi, mały Patryk widział to, czego nie dostrzegł doktor Braniewski: coś się w Wiktorze zmieniło. Coś w nim umarło.
Tej nocy Patryk, mimo śmiertelnego zmęczenia, nie mógł zasnąć. Przewracał się w łóżku z boku na bok, aż w pewnym momencie znieruchomiał, czując jak ciało sztywnieje mu z przerażenia, a gardło zaciska się, zduszając oddech. Nie wiedząc dlaczego, półżywy ze strachu, poderwał się na równe nogi. Cicho, tak by nie zbudzić Marcina, pobiegł do pokoju obok, nacisnął klamkę i zajrzał ukradkiem do środka.
Wiktor… stał przy oknie, zwrócony twarzą ku drzwiom. W ręce trzymał sznur, przywiązany do klamki, który niezdarnie, łkając z bólu, bo nie mógł sobie pomóc drugą dłonią, próbował zarzucić sobie na szyję.
Nagle ręka z pętlą opadła. Wiktor patrzył na stojącego w drzwiach Patryka.
Chłopczyk przez chwilę nie rozumiał, właściwie w ogóle nie rozumiał, co starszy brat chce zrobić. Czuł tylko, że to coś strasznego. Ruszył biegiem. Przytulił się do Wiktora z całych sił. Ten ni to z jękiem, ni ze szlochem opadł na kolana i przycisnął do siebie łkające dziecko.
– Pój-pójdziemy do domu dziecka, tylko nie rób tego – wyszeptał Patryk przez łzy, patrząc w pociemniałe źrenice brata.
On przytulił go jeszcze mocniej.
– Wytrzymam – szepnął.
*
– Dlaczego mi o tym nie powiedziałeś? – Marcin cedził te słowa dwadzieścia pięć lat później, ściskając telefon tak silnie, jakby chciał go zmiażdżyć. Nienawidził wspomnień z dzieciństwa… Nienawidził bestii, która im takie dzieciństwo zafundowała. Ach, z jaką rozkoszą zacisnąłby palce, gdyby zamiast w telefon, miał je teraz wbite w gardło Tamtego. – Dlaczego mi nie powiedziałeś?!
– Bo nie – uciął Patryk. – Wtedy nie rozumiałem, co Wiktor chciał zrobić. Dzisiaj owszem. I wiem, że teraz wygląda tak jak tamtej nocy. Jeżeli Gabriela się nie odnajdzie albo wyłowią z Wisły jej zwłoki, nasz brat skończy ze sobą… Marcin, do cholery, czy nie mógłbyś wyjść na zewnątrz, gdzie nie słychać tego łomotu?! Czy chociaż raz mógłbyś się zachować jak dorosły człowiek?! Nie dociera do ciebie powaga sytuacji? Nie rozumiesz, że możemy stracić kogoś, kto…
I w tym momencie Marcin wybuchnął:
– Kurrrwa, Pat! Za kogo ty mnie uważasz?! Jestem na zewnątrz!!! I owszem, zrozumiałem, że jest źle, bardzo źle! I tak, rozumiem, że trzeba działać natychmiast, bo Wiktor się powiesi, a już raz próbował! Gdy tylko skończymy tę rozmowę poruszę niebo i ziemię, by mu pomóc! Dlaczego we mnie, kurwa, wątpisz?! Wiem, wiem: jestem złotym chłopcem, rozwydrzonym bachorem, tym najgorszym z trzech braci Prado, ale czy kiedykolwiek was zawiodłem?! Moim życiem jest nasza firma! Nasza zasrana firma, na którą pracowaliśmy wszyscy trzej, a Wiktor najciężej! Na pstryknięcie twoje czy jego jadę tam, gdzie mnie wysyłacie, wrodzonym urokiem i z zębami wyszczerzonymi w uśmiechu uwodzę każdego, kto jest wam potrzebny. Nigdy nie pytacie, czy chcę albo mogę gdzieś jechać, czy nie mam swoich planów, tylko pstryk i marionetka posłusznie leci do Paryża czy Hongkongu. Ale ty, właśnie ty, powinieneś wiedzieć, co się ukrywa za tym uśmiechem, za maską playboya, bo siedzieliśmy pod jednym łóżkiem! Pamiętam każdy krzyk Wiktora, pamiętam świst bata na jego nagich plecach, pamiętam każdą kroplę jego krwi na moich rękach, gdy ciągnęliśmy go półżywego do szpitala i na twojej piżamie, którą próbowałeś otrzeć mu tę krew z twarzy. Pamiętam, jak po ucieczce ukrył nas tam, gdzie nikt nie mógł nas znaleźć, w opuszczonej norze na krańcach Mokotowa, a potem wracał z roboty tak skonany, że karmiliśmy go niemal przez sen. I zrobię dla Wiktora wszystko – wszystko! – choćbym miał prosić o pomoc złych chłopców z Czeczenii, a wiesz dlaczego? Nie z wdzięczności, choć już to by wystarczyło, ale dlatego, że kocham Wiktora jak brata! Nie. Kocham go, bo jest moim bratem. Jest też najszlachetniejszym człowiekiem, jakiego znam, i najbardziej skrzywdzonym przez los. Gabriela, jak się okazuje chyba jeszcze bardziej. Zrobię wszystko, by odnaleźć ją – niewinną ofiarę Kuchty – dla naszego brata, który przed Kuchtą nigdy się nie ugiął.
Urwał, czując łzy w oczach. Wziął głęboki oddech.
– Przepraszam, Marcin – usłyszał cichy głos po drugiej stronie. – Ale nie patrzysz na Wiktora w tej chwili, nie widzisz, jak…
– A ty tracisz bezcenny czas, którego Gabriela być może nie ma – wpadł mu w słowo. – Musimy ją znaleźć jak najszybciej.
– Ale jak?! Jak odnaleźć zaginioną kobietę, która wyszła rano od przyjaciółki ze szpitala i do tej pory nie dała znaku życia? Policja nawet zgłoszenia o zaginięciu nie przyjmie…
– Daj spokój z policją. I daj mi pomyśleć. Znam kogoś, kto nam pomoże, chociaż będzie to słono kosztowało, ale…
– Pieniądze nie grają roli…
– Wiem przecież. Mamy pieniądze. Na szczęście teraz już mamy. Nie jesteśmy zdani na łaskę tamtego bydlaka. Możemy walczyć z nim jego metodami. Nie wiem, jak szybko zdołam wrócić do Polski…
– Nie wracaj – przerwał mu Patryk. – Pozostań na zewnątrz, w razie gdyby była potrzebna szybka, duża gotówka na okup albo… pomoc tej drugiej, ciemnej strony mocy. Wiem, że ty znasz wszystkich…
– Znam – uciął Marcin. Jego nagle trzeźwy umysł już pracował na najwyższych obrotach. – Wracaj z Wiktorem do hotelu i pozwólcie mi działać. Odezwę się, gdy tylko złapię odpowiedni kontakt. Nie dzwoń i nie ponaglaj mnie. Wiem, że czas ucieka, a każda minuta może być ostatnią dla Gabrieli, mimo to cierpliwie czekaj na telefon.
– Dzięki, Marcin – usłyszał słowa brata, chyba po raz pierwszy wypowiedziane takim tonem, którym zwykle Wiktor zwracał się do Patryka, i poczuł ciepło w sercu i łzy w oczach. – Będziemy czekać u pana Antoniego. Z nim też jest bardzo źle…
– Domyślam się – wyszeptał Marcin, patrząc na ciemniejący wyświetlacz.

c.d już za 24 maja we wszystkich księgarniach...

sobota, 6 maja 2017

Jestem dziwna: polecam konkurencję...

Przyjrzałam się tytułom, które przeczytałam w ciągu kilku ostatnich miesięcy i chyba będziecie trochę zdziwione doborem moich lektur. Bo co może czytać ta do-serca-przytul-psa Kasia Michalak, pisareczka "babskich" książek, którą ostatnio określono jako autorkę romansów (powiedziałabym, że ten kto mnie tak zaszufladkował nie czytał mojej "Bezdomnej", ale ten ktoś nie czytał żadnej z moich książek, po prostu "tak mu się o uszy obiło; nie wiem, co mam jeszcze napisać, jakiś krwawy horror? kryminał o seryjnym mordercy, wyjadającym gałki oczne swoim ofiarom, by wreszcie przestano mnie wpychać na półkę z harlequinami?!). Odbiegłam od tematu.

Otóż ostatnio przeczytałam biografię Walta Disneya. Co za wspaniała, dająca ogromny zastrzyk chęci do życia i działania książka! W życiu bym nie podejrzewała, że W. Disney miał ciągle tak "pod górkę"! A mimo to nie poddawał się, utalentowany, pracowity, pełen wiary i nadziei. Polecam!


Przeczytałam "Wielkie kłamstewka" L. Moriarty i to nie dlatego, że powstał podobno bardzo dobry serial, bo ja tu nie oglądam TV, ale tutaj, w Australii, szukałam topowej autorki australijskiej, żeby przyjrzeć się temu rynkowi, i trafiłam na tę oto książkę. Okazała się zaskakująco dobra! Co mnie ucieszyło.



Próbowałam przeczytać powieść autorki zachwycającego "Sekretnego języka kwiatów" V. Diffenbaugh pt. "Nie prosiliśmy o skrzydła" , ale nie wiem dlaczego poległam po kilku rozdziałach. Nie mogę więc Wam ani polecić tej książki, ani nie polecić, bo po prostu nie wiem, jaka jest, może zrobię do niej drugie podejście, ale "Sekretny język kwiatów" zapadł mi w serce i pamięć. To na pewno.


Przeczytałam drugi tom powieści Adriana Grzegorzewskiego "Czas burzy". Kurczę, jestem pod wrażeniem bardzo dobrego pióra i przygotowania merytorycznego. Adrian, brawo! Polecam zarówno "Czas tęsknoty" jak i "Czas burzy". (Nota bene obie książki mają świetne okładki, a ja mam hopla na punkcie okładek).


Jeszcze powyższe tytuły jakoś do mnie pasują, no nie? Ale już poniższy nie do końca, a ja naprawdę lubię czytać o takich twardzielach. Może dlatego, że kilku znam osobiście. Autor: Naval, tytuł "Ostatnich gryzą psy". Bardzo dobra, dobrze napisana, ciekawa, prawdziwa i - co ważne: MOTYWUJĄCA książka. Żeby działać, dać z siebie wszystko, nie poddawać się, iść do końca. Tak mimochodem i zupełnie bez ukrytych motywów podsunęłam ją mojemu starszemu synowi. Przeczytał! Też mówi, że świetna!


Przeczytałam (Bosz, całą noc, do rana, mało mi oczy nie wypłynęły, ale nie mogłam się oderwać) najnowszą powieść mojego ulubionego autora "Blackout" i "Zero", która przemknęła jakoś tak niezauważona, a jest naprawdę dobra i... przerażająca (jak poprzednie zresztą). Tym autorem jest M. Elsberg, książką "Helisa". O tyle fajniej mi się ją czytało, że kiedyś interesowałam się inżynierią genetyczną, więc wszystkie fachowe zwroty i sformułowania były mi bliskie, ale spokojnie, ktoś kto nie miał z medycyną do czynienia też wszystko zrozumie. Oj, dobra książka...


Na koniec dwie pozycje: książka, którą dopiero zaczęłam czytać i książka, której... chyba nie przeczytam (co dziwne, bo właśnie jako konkurencję z pierwszych miejsc list bestsellerów ją polecam). Jestem dosłownie po parunastu stronach pracy Pawła Reszki pt...


...i już wiem, że przeczytam ją do ostatniej kropki, dziękując Opatrzności i wrodzonej nieufności do systemów opartych na wirtualnych przepływach gotówki (czytaj banki, fundusze inwestycyjne, domy maklerskie, doradcy finansowi), że tylko raz dałam się oszukać i straciłam stosunkowo niewielkie pieniądze.

A książka, której nie przeczytam, bo autor powyższej już mną wstrząsnął tak, że poniższą po prostu będę się bała otworzyć, mimo to Wam ją POLECAM:


Przeczytałam jedynie kilka recenzji tej książki, przeczytałam jak powstała (chylę czoła przed Autorem), kupiłam ją, jak wszystkie powyższe (większość ze względu na pobyt w dalekim kraju niestety w formie elektronicznej, a tak kocham książki papierowe!) i... chyba chcę pozostać w błogiej nieświadomości i pełna złudzeń.

Taki mi wyszedł dziwny wpis, ale bardzo często padają pytania, co czytam. No właśnie: wszystko. Byle było ciekawe. 

PS. Kiedyś dopatrzyłam się, że do kredytu na dom mam dopisane dwa ubezpieczenia - jedno było obowiązkowe, drugie dobrowolne za jedyne 5zł/miesięcznie - kto by zwracał uwagę na taką kwotę (oprócz mnie, która swego czasu miała na jedzenie złotówkę dziennie). Okazało się, że za te zaledwie 5 zł twój bank m.in. (bo benefitów było od groma) wyprowadzi ci raz w miesiącu twojego psa na spacer jeśli ty zachorujesz. Dziewczyny, to nie jest science fiction ani moja wyobraźnia, tak stało w umowie na to ubezpieczenie. Myślę, że żaden komentarz nie jest potrzebny.

czwartek, 4 maja 2017

"Czerwień Jarzębin" nr 1 w Matrasie i Empiku trzy tygodnie przed premierą!


 Jeżeli myślicie, że autor, który napisał ponad trzydzieści książek, z których każda bez wyjątku była na listach bestsellerów, a ostatnio każda docierała do pierwszych miejsc tych list śpi spokojnie i pisze ot tak sobie, pewien, że następna wejdzie na szczyt także, to jesteście w błędzie.

Okej, może inni pisarze i Literaci tak mają, że skoro raz "zaliczyli jedynkę", to następny raz zwisa im i powiewa, myślą, że tak już będzie zawsze, albo w ogóle poczytność ich książek w ogóle tych pisarzy, czy Literatów nie interesuje. Piszą dla siebie, dzieło to dzieło samo w sobie etc...

Ja należę nie do Literatów, a do rzemieślników. Pragnę, chcę i kocham, gdy moimi powieściami, moimi małymi dziełami rąk i umysłu zachwycają się Ci, dla których je tworzę: Czytelnicy. Dlatego zawsze z zapartym tchem śledzę listy bestsellerów i wspinaczkę moich "najmłodszych" po tychże. Jak kiedyś wspomniałam: napisać jedną książkę, która została dobrze przyjęta przez Czytelników, to jest osiągnięcie, napisać drugą i trzecią, noooo... to już coś, ale napisać trzydziestą którąś, która po raz trzydziesty któryś jest okrzyknięta przez Czytelników najlepszą w dorobku Tej Michalak, wierzcie mi, to NAPRAWDĘ duże COŚ. :)))

Tak, staram się sięgać coraz wyżej, nie spoczywać na laurach i pisać, byle coś tam wcisnąć Wydawcy i Czytelnikom, ale szukać nowych źródeł inspiracji, nowych gatunków, w których być może się odnajdę, a na pewno będą wymagały ode mnie dużo więcej wysiłku, niż "napisz Kasia coś w twoim stylu i będzie okej". Już jakiś czas temu wyszłam z szufladki "poczekajkowo-poziomkowo-sklepikowej", czego niektórzy zdają się nie zauważać. Tematy, które poruszam są coraz poważniejsze, coraz bardziej prawdziwe i wstrząsające i... podoba się Wam to! Mnie, gdy otrząsnę się po lekturze materiałów źródłowych i przeniesieniu tego na karty mojej powieści... okej, też się podoba, że dałam radę. Przeżyłam.

Teraz na przykład przeprowadzam eksperyment na żywym organizmie, czyli moim mózgu: piszę jednocześnie - to znaczy raz fragment jednej, raz fragment drugiej - dwóch powieści na raz. Są ZUPEŁNIE różne, i pod względem emocjonalnym i czaso-przestrzennym. Bardzo jestem ciekawa, jak długo zdołam tak mentalnie przeskakiwać z kontynentu na kontynent i z emocji na emocję. Dopóki daję radę, mam frajdę z "podwójnego"pisania i satysfakcję, bo tego jeszcze nie przerabiałam.

A na razie jestem przeogromnie szczęśliwa, że "Czerwień Jarzębin" wskoczyła na pierwsze miejsce dwóch największych księgarń. Ach! Tu mi się przypomniało... i zaraz odnajdę w zakamarkach internetu... jak kiedyś w pierwszej dwudziestce Empiku znalazło się pięć moich książek.
To dopiero było niesamowite.
Mój starszy syn jednym słowem określiłby, "co zrobiłam z systemem", ale że ja takiego słowa nie używam... :)))

Dziękuję, Czytelniczki i Czytelnicy! To dzięki Wam mam tyle radości w życiu!
:*


wtorek, 2 maja 2017

Wywiad dla ravelo.pl

Do portalu ravelo.pl zawsze miałam słabość. Lubię ich i oni chyba lubią mnie. Dlatego z przyjemnością przyjęłam zaproszenie do wywiadu. Myślę, że wyszedł ciekawie.
Zapraszam!

Wywiad z Katarzyną Michalak 

Pierwszy tom Leśnej Trylogii – Leśna Polana – napisany był pierwotnie w formie odcinków publikowanych na blogu. Skąd taki pomysł? Czy mogłaby Pani zdradzić, czym różni się praca nad powieścią w takim kształcie od pisania od razu dla wydawnictwa?

Och, ten pomysł chodził mi po głowie od dawna: nie wiem, dlaczego zawsze chciałam pisać powieść w odcinkach jak kiedyś bywało, jeszcze za czasów zaborów, drukowaną w periodykach, kiedy Czytelnicy wyczekiwali od odcinka do odcinka, co też się wydarzy. Nie udało mi się zainteresować żadnego z miesięczników tym pomysłem, więc po zgodzie Wydawcy, który przecież ma prawa do tekstu, zaczęłam publikować Leśną Polanę co dwa tygodnie na specjalnie stworzonej dla niej stronie. Ale nie pisałam „od odcinka do odcinka”, powieść powstawała szybciej, po prostu publikowałam kolejne rozdziały. Cieszę się, że pomysł się udał. Strona miała kilkadziesiąt tysięcy odsłon. Dziewczęta nie mogły doczekać się, co będzie dalej. Przyznam, że ja nie dałabym tak rady. Czekałabym na wydanie całej książki, albo jeszcze lepiej: całej serii.

Leśna polana to książka podobna do Bezdomnej czy Ogrodu Kamili – porusza wiele trudnych tematów. Ma Pani dużo odwagi, by w bezpośredni sposób mówić o sprawach pozostających w sferze tabu nawet dzisiaj. Czy według Pani literatura wciąż ma moc, by coś zmieniać w naszej rzeczywistości? Czy mówienie w niej o nich sprawia, że stajemy się w jakiś sposób lepsi?

Bezdomna, Nie oddam dzieci!, czy teraz Leśna Trylogia powstały… z gniewu. Pierwszą zaczęłam pisać, gdy w gazetach i TV brylowała matka Madzi, a w tym samym czasie – i jest to fakt, a nie fikcja literacka – młoda kobieta z powodu psychozy poporodowej uciekła z domu z maleńką córeczką i ta córeczka nie przeżyła. Kiedy wyobrażałam sobie tragedię tej dziewczyny i jednocześnie obserwowałam „szopkę” drugiej „matki”, która zabiła swoje dziecko, było we mnie tyle gniewu, wściekłości… że musiałam o tym napisać, powiedzieć, wykrzyczeć to. Z kolei Leśna Polana miała być pięknie zaczynającą się opowieścią o małym domku w lesie i utraconej, ale odzyskanej miłości. I również jakoś w tym samym czasie wpadła mi w ręce porażająca książka o ubeckim bestialstwie wobec więźniów X Pawilonu na Rakowieckiej. Ta książka… właściwie niepozorna i nie epatująca scenami okrucieństwa, po prostu spisana przez jednego z więźniów… złamała mnie. Niedowierzanie… bezsilność… i ponownie gniew, straszny gniew na Zło, do dziś bezkarne, śmiejące się swoim ofiarom w twarz zmusiły mnie, by znów wykrzyczeć, nie dać przyzwolenia, wywlec to Zło na światło dzienne, pokazać je. Czy literatura ma moc zmieniania rzeczywistości? Nie wiem. Jestem pisarką „przemilczaną”. Czytają mnie miliony kobiet, ale jest jakaś zmowa milczenia w mediach na mój temat. Dziwne, bo do czasów Leśnej Polany trzymałam się od polityki z daleka, a i ta książka jest apolityczna, bo Zło dobiera sobie poglądy, jakie mu w danej chwili pasują. Tak więc moja twórczość rzeczywistości nie zmieni, ale wiem, że potrafi zmienić życie moich Czytelniczek. Dostałam na to wiele dowodów, maili, listów, wpisów. A jeśli życie chociaż jednego człowieka dzięki mnie stało się lepsze, moja praca ma sens.

A może literatura służy bardziej oderwaniu się od świata? Jak mówi Gabriela w Leśnej Polanie o swoim pisaniu: „Uciekam do innych światów, innego życia”. Jest raczej ukojeniem niż postawieniem problemu. W Leśnej Trylogii takim wytchnieniem jest specjalne miejsce – tam wracają dobre wspomnienia, można do niego uciec od problemów. Czy Pani też ma takie wyjątkowe miejsce, za które warto zapłacić każdą cenę?

To jest drugi aspekt pisarstwa: ucieczka. Moja ucieczka w inne światy – bezpieczna, bo chociaż przeżywam razem z bohaterem zasadzkę w Iraku, to jednak ja mogę „wrócić” cała i zdrowa w miejsce, gdzie piszę – była to biblioteka, on zaś umiera. Lecz rzeczywiście, czytając – czy pisząc – możemy całkowicie oderwać się od naszej rzeczywistości i zatracić w tej innej. Jeśli lepszej i ciekawszej, super. Jeżeli zaś w tragicznej i wstrząsającej, przeżywamy katharsis, otrząsamy się po lekturze, patrzymy na otaczający nas świat i myślimy: dzięki Bogu, mnie to nie dotknęło. Bardzo wzruszały mnie listy od Czytelniczek po Nie oddam dzieci!, w których pisały, że pierwsze, co zrobiły po przeczytaniu książki i otarciu łez, to biegły przytulić, ucałować synka czy córeczkę i powiedzieć, jak bardzo je kochają.

Odrobinę nawiążę do poprzedniego pytania. Dla Pani bohaterek posiadanie własnego miejsca wydaje się często sprawą pierwszorzędną. Jak Pani myśli, czy jest jakiś wspólny powód, dla którego szukają one takiej małej stabilizacji, bezpiecznej przystani? Co może nam to o nich powiedzieć? Czy dla Pani również jest to ważne? Dlaczego?

Myślę, że w życiu człowieka nie ma nic cenniejszego od poczucia bezpieczeństwa. W jakimkolwiek aspekcie. Czy to finansowym, czy życiowym, rodzinnym… Wewnętrzny spokój, uczucie, że nic ani nikt nam nie zagraża, że wszystko jest dobrze, jesteśmy bezpieczne… Proszę mi wierzyć: po tym, co przeżyłam, jest to uczucie bardzo rzadkie, to dosłownie chwile, przebłyski szczęścia i spokoju, i bezcenne. Domek na polanie, skąpanej w słońcu, otoczony wiekowymi świerkami to oczywiście symbol, przenośnia, wyobrażenie takiej właśnie bezpiecznej przystani, bo tę przystań nosimy w sobie, mamy ją – albo jej nie mamy – w sercu. Ja nadal tej przystani szukam, nadal za nią tęsknię i może przez to moje książki wydają się na pierwszy rzut oka schematyczne, bo zawsze występuje ta nieosiągalna Arkadia, ale to moja wewnętrzna tęsknota, której daję wyraz w pisarstwie. Hej, mam chyba do tego prawo! /śmiech/

Innym istotnym elementem Leśnej Trylogii wydaje mi się przyjaźń Gabrieli, Majki i Julii. To bardzo ciekawa znajomość trzech zupełnie różnych postaci, które potrafią się pokłócić i na siebie nakrzyczeć, jednak wciąż pozostają dla siebie ważne. Czy mogłaby Pani więcej powiedzieć o swoim zapatrywaniu się na tzw. kobiecą przyjaźń? Według stereotypów nie jest ona możliwa – co Pani o tym sądzi? 

Ja jestem tak niestereotypowym człowiekiem, kobietą, matką i spotkałam się z tyloma stereotypami , które okazały się zupełnie nieprawdziwe, typu: „Australia jest gorąca, sucha i wszędzie są jadowite węże i pająki”, podczas gdy Australia potrafi być zimna, wietrzna, deszczowa, a pająka ani węża jeszcze nie widziałam, że doprawdy… nie wierzę już w żadne stereotypy. Przyjaźń to przyjaźń. I nie mówię tu o pustym, nadużywanym dziś słowie, tak jak drugie, równie nadużywane „kocham”. Kocham cię, kocham to, czy tamto. Przyjaźń to bardzo silna więź, powstająca czasem w najbardziej niecodziennych warunkach, która trwa mimo upływu lat. Mimo tego, że miesiącami się z przyjacielem nie widzisz, że nie czujesz potrzeby gadania z nim o codziennych drobiazgach przez telefon. Jeżeli jednak coś się dzieje, nawet nie coś, a COŚ, przyjaciel po prostu stanie przy tobie, zrobi wszystko, by ci pomóc. Tak jak ty zrobisz wszystko, by pomóc jemu. Takich przyjaciół – celowo nie piszę „przyjaciółek”, bo są to zarówno kobiety, jak i mężczyźni, żyjący zresztą w udanych związkach, którym ja nie zagrażam, mam kilku. Gdy oni potrzebują mojej pomocy – jestem. Gdy ja potrzebuję ich – są. Taka przyjaźń daje właśnie to poczucie bezpieczeństwa: NIE JESTEŚ SAMA.

Po lekturze kilku z Pani licznych książek muszę zapytać o Pani styl. Miałam wrażenie, że siedzę przy kominku, a ktoś opowiada mi historię – czy rzeczywiście znajduje Pani w pisaniu taką pasję opowiadania? 

Podobno można mnie słuchać godzinami – to jeśli chodzi o opowiadanie. Swego czasu jedna z moich przyjaciółek przyjeżdżała do mnie raz w tygodniu, z drugiego końca miasta, bez względu na pogodę, rozsiadała się w gościnnym fotelu z dobrą herbatą i domowym ciastem w dłoni, po czym rzucała hasło: „No, opowiadaj, Kasia, co też się przez ten tydzień wydarzyło”… a że moje życie jest jak film Hitchcocka, miałam o czym opowiadać. Ale tylko w zaprzyjaźnionym gronie. Absolutnie nie nadaję się na snucie opowieści przy większym audytorium. Trema jest nie do zniesienia. Lecz pasja opowiadania widać we mnie tkwi, skoro znajduję tak ogromną radość w pisaniu powieści. To naprawdę coś niesamowitego, gdy sama się zatracam w losach bohaterów, staję się nimi, przeżywam ich radości i smutki, a moje kochane wierne Czytelniczki chcą o tym czytać.

Już niedługo premiera drugiej części Leśnej Trylogii – Czerwień Jarzębin. Jeśli miałaby Pani opisać tę powieść jednym słowem – czy to dotyczącym fabuły, czy jej atmosfery, a może uczuć towarzyszących przy jej powstawaniu  – jakie byłoby to słowo? Pierwsze, które przychodzi Pani na myśl?
 
Wstrząsająca. Uważałam, że „Leśna Polana” jest jedną z najtrudniejszych powieści w mojej twórczości, lecz „Czerwień Jarzębin”… ją pisałam z jeszcze bardziej złamanym sercem. W niej nie ma chwili wytchnienia. Arkadia, w której można się schronić, po prostu rozsypuje się w pył. Nie ma bezpiecznego miejsca, Zło zdaje się wszechogarniające…W pewnym momencie po prostu nie mogłam jej dalej pisać, bo wiedziałam, jaki będzie koniec. Dużo… naprawdę dużo czasu minęło, nim wróciłam do tej powieści, by skończyć ją w jeszcze bardziej dramatycznym momencie, niż ją zaczęłam. Dziewczyny znów zostaną wystawione na próbę cierpliwości, bo premiera trzeciego tomu dopiero w sierpniu, ale mam nadzieję, że cała trylogia skończy się tak jak powinna: Dobro wygra, Zło przegra. Chociaż… znając mnie… i nieobliczalność moich bohaterów, można się spodziewać wszystkiego.

Uprzejmie dziękujemy za udzielone odpowiedzi. Życzymy Pani dalszych sukcesów i serdecznie pozdrawiamy.

Dziękuję za bardzo ciekawe pytania i również pozdrawiam serdecznie.

Redakcja „Czytam Polskie”

niedziela, 30 kwietnia 2017

Jak powstaje książka, czyli walcz albo giń.


Myślę, że ten wpis zainteresuje wszystkich, którzy pytają w wywiadach, komentarzach, czy mailach, skąd czerpię inspirację do moich powieści, jak wygląda proces twórczy, czy mam jakieś rytuały podczas pisania etc.

Opiszę to właśnie dziś, na podstawie książki, która jeszcze... nie powstała.

Na początku było zdjęcie. Jedno z miliona zdjęć, które przeglądałam w poszukiwaniu okładki do którejś z moich powieści. Zwykle wrzucam w wyszukiwarkę banku zdjęć hasła-klucze: "kobieta", "kwiaty", potem przeglądam strona po stronie od pierwszej do 300, w poszukiwaniu czegoś, czego jeszcze nie widziałam i czego nie mam w swoim banku zdjęć.

Nie wiem, co wpisałam tym razem, że "wyskoczyło" mi to zdjęcie. Profil mężczyzny i "wrysowany" w ten profil zimowy, czarno-biały krajobraz. Chata, las... Nie. To na pewno nie było "kobieta", "kwiaty". Ale zdjęcie zapisałam. Po kilu godzinach przeglądania zasobów internetu wróciłam do tej fotki i... od razu przyszedł mi do głowy tytuł: "Walcz albo giń". Otworzyłam fotoszopa, czcionka i kolor czcionki też przyszły natychmiast. Okładka była gotowa.
Czy miewałam takie przypadki, że zobaczyłam zdjęcie i miałam gotową oprawę? Tak, parę razy owszem. "Amelia" też powstała zainspirowana zdjęciem czarnookiej dziewczyny.
Ale tym razem było to coś więcej niż tylko projekt okładki.
Ta książka zaczęła za mną chodzić...

Ilekroć otwierałam plan wydawniczy, w który wpisałam tę książkę, widziałam profil mężczyzny wpisany w surowy zimowy krajobraz, widziałam krwawe litery tytułu, imienia i nazwiska i zastanawiałam się: za co cię postrzelili, przed kim uciekasz i dlaczego kobieta, którą znalazłeś, albo która znalazła ciebie, chciała się zabić - bo taki zarys akcji, pierwszych kilku stron, których jeszcze nie ma, od razu miałam w głowie, gdy tylko zobaczyłam na ekranie komputera gotową okładkę. "Walcz albo giń".

Widziałam głównego bohatera - który pozostaje nadal bezimienny - gdy związanego prowadzą na miejsce egzekucji. Ale kto? Za co? On jest "dobry" czy "zły"? Widziałam nadal bezimienną główną bohaterkę, jak parę kilometrów dalej po raz ostatni spogląda w ciemne, chmurne niebo. Za chwilę dokona czegoś nieodwracalnego, szarpnie się na własne życie. Właśnie się z nim żegna. Ze światem, który kocha, też. Z ludźmi, którzy ją do tego czynu pchnęli, nie. Za jakiś czas oboje się spotkają. Ale jakim cudem...?

I tu wizja się kończyła. Opowieść "dała mi spokój". Jest przecież czwarta w kolejce do napisania. Przed nią trzeci tom "Leśnej trylogii", świąteczna niespodzianka i "Pensja Pani Mew", o której pisałam niedawno na fanpejdżu.

Wróciła - ta wizja - gdy wyszłam z domu, żeby zrobić zakupy w "Złotych Tarasach" w Warszawie, po drodze okazało się, że osoba, z którą od dawna chciałam się spotkać akurat przyleciała do Europy, ma chwilę czasu i możemy pogadać, ale nie da rady przylecieć do Polski, ja więc bez większego namysłu przesiadłam się z Kolei Mazowieckich do samolotu i parę godzin później zamiast w "Złotych Tarasach" wylądowałam w... Zurychu.

Rozmowa dotyczyła zupełnie czego innego, na pewno nie książki, której jeszcze nie ma, ale... już po pożegnaniu się z tą osobą, gdy szłam sobie przepiękną promenadą wzdłuż rzeki płynącej przez Zurych (zastanawiając się, co ja tu do diabła robię, zamiast pakować się przed wylotem do Australii?!), usiadłam sobie w pięknym zakątku i... powróciła do mnie tamta historia. Już wiedziałam, co zrobił bohater "Walcz albo giń" i za co musi zginąć. Gdy po powrocie do domu, cała happy, że nie tylko zobaczyłam śliczny jak z obrazka Zurych, ale i wiem, co będzie dalej, streściłam tę historię starszemu synowi, ten popatrzył na mnie i rzekł krótko: "Prosisz się o kłopoty, mamo".
"Ej, dziecko, przecież to będzie fikcja literacka! Nie mam żadnych znajomości, czy kontaktów z ludźmi tego typu i to od razu zaznaczę w przedmowie!". Powtórzył: "Prosisz się o kłopoty".
Cóż... "Miasto Walecznych" zostało zlinczowane już na etapie okładki. Nikt nie ma pojęcia, jaka będzie treść, a już tę książkę usiłują zrównać z ziemią i mnie przy okazji. Czy więc będę bardziej niszczona po "Walcz albo giń", czy mniej, nie ma to doprawdy różnicy.
Ale to jeszcze nie był ten moment. Jeszcze nie połączyłam wątku bohatera - o którym już wiedziałam coś więcej, z bohaterką, bo co będę myślała o powieści, która ma się ukazać za rok?

Odpuściłam więc tej powieści, ale ona nie odpuściła mi. Nagle dzisiaj, odkurzając mieszkanko w dalekiej Australii - pstryk! - zaskoczyło. Wszystkie główne klocki układanki wskoczyły na swoje miejsca. Teraz wystarczy złożyć je w całość, czyli napisać książkę. Nim dokończyłam odkurzanie mojego naprawdę niewielkiego mieszkanka, znałam już całą historię. Wiem, kto, jak, za co i dlaczego. Wiem, jak się zacznie i jak się skończy.

I wiem jeszcze jedno, co Was ucieszy: ta książka zmienia miejsce w moich planach, ukaże się szybciej. Ta książka będzie bardzo ważna. "Pani Mew" może poczekać. Na jej miejsce wejdzie powieść o dwojgu zagubionych, skrzywdzonych ludziach, którzy tylko dlatego, że robią to, do czego zostali stworzeni, co jest ich pasją, co kochają, zostaną skazani na śmierć. I albo będą walczyć, albo zginą.

Powiem Wam jedno: takiej książki w moim wykonaniu jeszcze nie czytałyście. A wizytę smutnych panów w czarnych garniturach mam jak w banku...

sobota, 22 kwietnia 2017

"Czerwień Jarzębin" w przedsprzedaży!


Nareszcie na głównych portalach tak oczekiwany przez Was (i przeze mnie) drugi to leśnej trylogii "Czerwień Jarzębin" pojawił się w przedsprzedaży.
Najwcześniej będzie go można kupić na Warszawskich Targach Książki - już 19 maja, na stoisku SIW Znak. W księgarniach pojawi się 24 maja, ale książki zamawiane w przedsprzedaży są zwykle dostarczane wcześniej.

Kupować więc można "Jarzębinki" tutaj:
ravelo.pl
empik.com
znak.com.pl

Jeszcze jedna ważna wiadomość, do Recenzentek książka będzie wysyłana "jeszcze ciepła" niemal wprost z drukarni w przeddzień Targowej prapremiery. Powinnyście ją otrzymać w okolicach 20 maja, ale wiecie jak to jest z pocztą (nie tylko polską)... Przypomnijcie się tylko, bardzo proszę, Wydawcy (Anna Steć stec@znak.com.pl), by Was nie pominął!

Jeszcze jedno: dziewczyny, które do tej pory nie dostały kartek, a brały udział w II edycji Wielkiej Akcji Kartkowej - wyślijcie swoje namiary do p. Ani ze Znaku stec@znak.com.pl (te z Was, które pisały do mnie z zagranicy - z Kanady, Irlandii, Włoch, również!). Na tyle setek, ile zostało wysłane, niektóre mogły zaginąć i nie wiem, czy Znak wysyłał je za granicę. Jeśli nie, to ja osobiście wyślę.
Howgh!!

piątek, 21 kwietnia 2017

I tak oto...

... wykrystalizował się plan na najbliższy rok.
Jedna książka nadal pozostaje niespodzianką, bo tak. :) W wolne miejsce po tytule, który w przyczyn ode mnie niezależnych wypadł z planu (chociaż trochę mi go szkoda, ciekawe byłoby to doświadczenie), "wskoczyła" wyśniona wczoraj "Pensja Pani Mew" i plan byłby właściwie kompletny, gdyby nie wypadła z niego również opowieść o Australii, ale nie wiem jeszcze, czy chcę pisać coś tak osobistego, autobiograficznego, jak moje życie i przeżycia stąd.
Brakuje w tym planie dwóch wznowień: serii owocowej, która ukaże się na Dzień Matki w wybranych księgarniach (w całej Polsce w połowie czerwca) i serii z kokardką, której nowe wydanie również jest przygotowywane do druku. Wydawca planuje ją na lipiec albo wrzesień.

Ja wracam do pisania "Błękitnych Snów", które zakończą leśną trylogię. W międzyczasie przygotuję okładki do Sklepików, wymyślę parę innych książek, jakby prawie dwadzieścia zapisanych w pliku "Pomysły na przyszłość" było mało, a Wam życzę wreszcie trochę ciepła i słońca. Nie tylko za oknem, ale przede wszystkim w sercach.

piątek, 14 kwietnia 2017

A na Święta piękne zakończenie II Akcji Kartkowej

W Polsce czekała na mnie paczka z kartkami od Was. Czytałam piękne życzenia świąteczne (dodam, że Bożonarodzeniowe, bo przecież II Akcja zaczęła się w grudniu), zebrałam wszystkie dołączone do listów i kartek opłatki, zrobiłam zdjęcia i oto je przedstawiam.

Wszystkim Wam serdecznie dziękuję, za listy, życzenia, prezenty, niektórym z Was podziękuję w sposób szczególny, bo też ich udział w Akcji był szczególny. Najbardziej wzruszyła mnie Marta, przysyłając piękny prezent i Monika, pisząc do mnie nie tyle list, co... zeszyt, bo stwierdziła, że na jednej kartce to co chce napisać się nie zmieści. Niesamowite jesteście.

Raz jeszcze dziękuję. Na zdjęciach wszystkie kartki z tej edycji.

PS. Sorry, że piszę trochę niezbornie, ale jestem po 36-godzinnej podróży i jestem "nieco" wyczerpana. Mój mózg przestał pracować gdzieś w okolicach Singapuru...


sobota, 8 kwietnia 2017

Odliczanie do premiery, mapka 100 księgarń i "Leśna Polana" z autografem


Tak, to już niedługo.
"Czerwień Jarzębin" i seria owocowa pojawią się w księgarniach.
Najszybciej będzie można je kupić na Warszawskich Targach Książki na stanowisku wydawnictwa Znak.

Już teraz możecie zamawiać je w przedsprzedaży tutaj: Ravelo albo tutaj: Znak
Zwykle przysyłane są parę dni przed oficjalną premierą.

Co bardzo ciekawe, w 100 wybranych księgarniach pojawią się od 24 maja książki trylogii owocowej w nowych ślicznych okładkach. Zrobiłam zdjęcie!


 Mapkę księgarni załączam, link do nich tutaj: https://www.google.com/maps/d/viewer?mid=1HwMJ0sEEzadIvc0dEixcOr9gTM8


Na koniec najciekawsza informacja: w tych właśnie 100 wybranych księgarniach od 24 maja będzie dostępna "Leśna Polana" z autografem!
A wszystko to na Dzień Matki... :))